Maria Dek: Nie lubię robić książek, które uczą

– Pracując nad tą książką najmniejszą sympatią darzyłam Żwawą Kozę. Na końcu okazało się, że sama nią jestem – śmieje się Maria Dek, autorka i ilustratorka „Przywitania lata.

Jak narodził się pomysł „Przywitania lata”?

Pomysł na książkę o różnorodności – bo o tym jest „Przywitanie lata” – miałam w głowie od dawna. Wtedy też powstały postaci do książki, czyli 14 zwierząt. Każde z nich reprezentuje inną cechę charakteru, a bohaterowie występują w parach i są swoimi przeciwieństwami. Chciałam pobawić się tym, że każdy z nas jest inny, ale to wspaniałe, bo dzięki temu świat jest różnorodny. Chciałam też pokazać, że każda cecha ma swoje blaski i cienie, więc zwierzęta mają z czymś trudności, a z czymś jest im łatwiej. Bohaterów spaja postać Lata. Ono im uświadamia, że można współdziałać i wtedy wydarzają się piękne rzeczy.

Ekipa mieszkańców Małego Lasu jest wyjątkowo różnorodna – od Ostrożnej Tygrysicy Tereski przez Spontaniczną Gąsienicę Różę po Wszystkowiedzącą Mysz Teodorę. Kto jest zwierzęcym alter ego Marii Dek? I czy postacie są całkiem zmyślone, czy może mają swoje ludzkie odpowiedniki?

Miałam dużo zabawy przy wymyślaniu tych bohaterów i starałam się zrobić to tak, żeby nie były to typowe skojarzenia typu: niebezpieczny krokodyl, groźna tygrysica, głodny niedźwiedź. Cechy dobierałam raczej na przekór, by było lekko i śmiesznie. Gdy postacie powstawały, nie miałam bezpośrednich skojarzeń z konkretnymi osobami, ale kiedy już były gotowe i zaczęłam opowiadać o nich bliskim, okazało się, że każdy z nich jednak występuje w tej książce (śmiech). Wiem, że czytelnicy też bawią się postaciami – przypasowują je do swoich znajomych i rodziny. Jest to bardzo wesołe i niezwykle miłe.

Jeśli chodzi o moje alter ego, to pracując nad książką najmniejszą sympatią darzyłam Żwawą Kozę. Po czym na końcu okazało się, że sama nią jestem, bo żwawość i cechy ADHD są mi bardzo bliskie (śmiech). Żwawa Koza jest ciągle zagoniona, ma dużo na głowie, sama sobie pewnie dużo na nią bierze – zupełnie tak jak ja. Dlatego już na pierwszej rozkładówce, gdzie widzimy domki wszystkich postaci, przy jej domku narysowałam trampolinę, na której skaczą dwa koźlątka. To są moi synkowie: Tytus i Julek.

To urocze! Czego twoi bohaterowie mogą nauczyć dzieci?

Nie lubię robić książek, które uczą. Wolę, by zapraszały do własnej refleksji i pomysłów. Staram się, aby moje książki i ilustracje wywoływały emocje, rozpalały jakiś ogień. No i oczywiście by wyzwalały śmiech, im więcej, tym lepiej. Metodą skojarzeń i refleksji chcę docierać do dziecięcej wyobraźni i wrażliwości. Jeśli dziecko weźmie sobie z książki jakąś „naukę”, to wspaniale. Na pewno bliskie jest mi piękno różnorodności oraz to, co robię podświadomie w każdej książce i nie mogę przestać – bliskość natury i to, jakim wspaniałym doświadczeniem jest obcowanie z nią. Chciałabym bardzo, żeby dzieci czytając moje książki złapały przyrodniczego bakcyla, a najlepiej rzuciły je w kąt i poszły na spacer.

Przywitanie lata” trafi do wielu domów. Jakie to uczucie?

Jest mi niezmiernie miło, że „Przywitanie lata” wygrało konkurs Instytutu Książki i że faktycznie trafi do wielu, wielu, wielu dzieciaków. W Polsce takiego nakładu książki jeszcze nie miałam. Cudowne jest dla mnie też to, że odbiorcami są polskie dzieci, z którymi mogę osobiście się spotykać. Włożyłam w tę książkę całe serce, chcąc im pokazać, że świat literatury może być szaloną furtka do przygód, radości i wyobraźni. Chciałabym też bardzo zaprosić dorosłych do wspólnego spędzania czasu z dziećmi i odkrywania, że książka to nie tylko siedzenie razem na kanapie, ale też różne aktywności dookoła. Na końcu „Przywitania lata” jest kod QR – prowadzi do podstrony, na której są propozycje wspólnych zabaw. To jest niezwykły zaszczyt móc dotrzeć do takiej dużej liczby czytelników. Mam nadzieję, że sprostałam zadaniu i każdy się uśmiechnie. Albo chociaż co drugi.

A czy docierają do ciebie głosy, jak dzieci odbierają tę książkę?

Wiem już, że wchodzą z „Przywitaniem lata” w świat zabawy. Mówią na przykład: „Aaa, Głośny Królik Helmut jest jak mój kolega Staś, więc nazwijmy go Głośnym Królikiem Stasiem”. Albo „Nieśmiały Krokodyl Ambroży to tak naprawdę Dziadek Witek” itd. Cudownie, że książka staje się dla dzieci odniesieniem do ich prawdziwego życia. Słyszałam też, że ilustracje są dość poruszające dla odbiorców. Czuję się naprawdę spełniona.

Pamiętasz swoje ulubione książki z dzieciństwa? Jakie lektury cię ukształtowały?

Z przedszkola pamiętam Pafnucego, a poza tym… niewiele więcej. Rodzice nie bardzo mi czytali, więc to przewrotne, że dziś zajmuję się książkami. Już w szkole czytałam dużo sama, a najbardziej ukochałam „Muminki”. Były jedną z moich pierwszych samodzielnych lektur i wielokrotnie do nich wracałam. Kochałam, kocham i kochać będę też „Pchłę Szachrajkę” Jana Brzechwy. Czytała mi ją moja siostra. „Pchła” nie miała ilustracji. W ogóle ze światem ilustracji zetknęłam się dopiero w dorosłym życiu, gdy postanowiłam, że będę ilustratorką. Może właśnie dzięki temu jakoś inaczej na to patrzę? Na pewno to dosyć śmieszne uczucie, bo większość ilustratorów i ilustratorek marzyła o tym od dziecka, a ja bardzo długo nie lubiłam rysować. Polubiłam to dopiero po dwudziestym roku życia.

Powiedz proszę na koniec, czy możemy liczyć na kolejne pory roku z tymi samymi bohaterami i ich nowymi przygodami?

Jeszcze o tym nie myślałam. Na pewno są to postaci, które bardzo lubię i z przyjemnością je malowałam. Nie mówię „nie”, ale póki co w moim kalendarzu jest zaplanowanych trochę innych książek, więc zobaczymy. Nie zapomnę o nich, bo długo byli ze mną, najpierw w szufladzie, a potem w druku. Może będą witać inne pory roku, może robić zupełnie coś innego, a może użyję tylko kilku postaci do kolejnej części. Wszystkie opcje są otwarte i jeszcze nieznane.

Maria Dek. Rocznik 1989. Ilustratorka i autorka, absolwentka University of the Arts London oraz Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Mieszka w Puszczy Białowieskiej. Jej książki zostały wydane w wielu językach: po polsku, angielsku, włosku, francusku, hiszpańsku i koreańsku.