Ambicje, idźcie spać. Czyli dlaczego dzieci wolą proste fabuły od klasyki i czemu to dobra wiadomość

Z „Małym Księciem” albo „Kubusiem Puchatkiem” pod pachą siadasz na brzegu łóżka przedszkolaka. Po jednej stronie zaczyna ziewać, przy drugiej pyta: „A będzie coś śmiesznego?”. „Czy moje dziecko nie ma za grosz gustu, wyobraźni i cierpliwości?”, myślisz. Tymczasem to jest zupełnie normalne.

Mama czteroletniej Gosi postanowiła wprowadzić wieczorne czytanie klasyków. Po tygodniu z „Mary Poppins” Gosię wciąż interesował wyłączne latający parasol. Ale gdy pożyczyły z biblioteki książkę o żabie, która konsekwentnie odmawia kąpieli, wieczorne słuchanie stało się obsesją dziewczynki. Byle było o tej żabie.

Witajcie w świecie prostych potrzeb!

Dzieci w wieku 4–6 lat myślą i przeżywają świat zupełnie inaczej niż dorośli. Dorośli widzą w klasyce morał, dzieci zapamiętają co najwyżej zabawną scenkę. Ich umysł nie szuka metafor ani nostalgii, potrzebuje emocji, powtórzeń, rytmu i znanego porządku. Gdy bohater wpada w błoto, język zamarza mu od lodów, puszcza głośne bąki i krzyczy „To nie ja!”, twoje dziecko tarza się ze śmiechu i czuje, że rozumie ten świat. Gołąb upiera się, by prowadzić szkolny autobus? Kaczka myśli, że jest kotem, bo wychowała się z kotami? Lepiej być nie może.

Psycholożka rozwojowa Alison Gopnik porównała uwagę dziecka z latarnią: jej światło rozlewa się szeroko i wyłapuje zwłaszcza to, co jaskrawe, konkretne, bliskie malcowi. Gdy fabuła się gmatwa, a język staje symboliczny, światełko przygasa. Badania nad tzw. gramatyką opowieści sugerują, że przedszkolaki lepiej rozumieją i zapamiętują historie o prostej strukturze: bohater ma cel, pojawia się problem, a na końcu rozwiązanie. To pozwala uczyć się schematów społecznych: jak sobie radzić z emocjami, naprawić błąd, prosić o pomoc. Powtarzalność i przewidywalność są dla małego dziecka formą bezpieczeństwa. Dlatego maluch może prosić o jedną książkę pięćdziesiąt razy – by utrwalić poznany świat.

Ambicje dorosłych nie muszą być ambicjami dzieci

Każde pokolenie rodziców wierzy, że mądrze dobrane lektury „kształtują gust”. I mają rację, pod warunkiem, że dorośli nie próbują przeskoczyć etapów dziecięcego rozwoju. Wprowadzanie człowieka w literaturę przypomina naukę języka: najpierw najprostsze słowa, potem zdania, w końcu końcu poezja. Chęć sięgania po klasykę często wynika z dobrych intencji: chcemy dzielić się tym, co nas poruszyło. Ale czteroletnie dziecko nie ma jeszcze dorosłego kontekstu emocjonalnego. Nie wie, kim jest lis, który mówi takie poważne rzeczy ani czemu królowi jest smutno na planecie B-612. Świetnie za to zrozumie, że ktoś boi się ciemnego korytarza, potyka się na schodach i mówi: „To był ukłon” i upycha zabawki pod łóżkiem, aż wybuchają wszystkie poduszki.

Co wybierać?

Zamiast mierzyć dorosłą miarą literacki poziom kilkulatka, lepiej zwróć uwagę na rytm narracji, wyraziste emocje i bliskie dziecku doświadczenia. Tak działają m.in. zbudowana na schemacie bohater–problem–rozwiązanie seria o Żabku i Ropuchu Arnolda Lobela, bardzo proste, ale emocjonalne historie Benjiego Daviesa („Cudowna wyspa dziadka”) czy polskie perełki jak „Bobuś” autorstwa Martyny Skibińskiej z ilustracjami Jacka Ambrożewskiego, opowieść o Luciu i Babci, którzy razem konstruują robota z garażowych odpadków.

To, że dziecko woli prostotę, nie oznacza też, że brak mu wyobraźni. Wręcz przeciwnie, właśnie wtedy, gdy fabuła jest czytelna, mózg dziecka ma przestrzeń, by tworzyć własne obrazy, przewidywać i wchodzić w emocje bohaterów. Złożoność przyjdzie później, gdy myślenie i empatia młodego człowieka dojrzeją. Więc gdy następnym razem dorosłe ambicje szepną do ucha: „czytajmy coś poważniejszego”, odpowiedz im:„Idźcie spać”. A potem razem z dzieckiem śmiejcie się z żaby, która znowu nie chce umyć zębów.