Rekrutacja BIBLIOTEK PUBLICZNYCH do nowej edycji projektu „Mała książka – wielki człowiek”

3 czerwca rozpoczyna się nabór bibliotek publicznych do nowej edycji projektu „Mała książka – wielki człowiek”. Edycja wystartuje jesienią 2026 roku, a zgłoszenia nowych bibliotek będą przyjmowane do 6 lipca.

„Mała książka – wielki człowiek” od lat zachęca dzieci i ich rodziców do wspólnego czytania, a bibliotekom pomaga docierać do najmłodszych mieszkańców i ich rodzin. To właśnie w bibliotece wiele dzieci po raz pierwszy zakłada kartę czytelnika, odbiera swoją Wyprawkę Czytelniczą i zaczyna regularnie wracać po kolejne książki.

W edycji 2025/2026 w projekcie uczestniczy 6921 bibliotek publicznych z całej Polski. Dzięki ich zaangażowaniu co roku około 150 tysięcy przedszkolaków odbiera Wyprawki Czytelnicze i rozpoczyna swoją przygodę z biblioteką.

Kto powinien wypełnić formularz?

Nabór jest skierowany do bibliotek publicznych, które chcą dołączyć do projektu w nowej edycji rozpoczynającej się jesienią 2026 roku.

Formularz zgłoszeniowy wypełniają wyłącznie nowe biblioteki. Biblioteki publiczne, które uczestniczą już w edycji 2025/2026, nie muszą zgłaszać się ponownie. Ich udział zostanie przedłużony na podstawie złożonego raportu końcowego, o ile zadeklarowały w nim chęć kontynuowania udziału w projekcie.

Zgłoszenia przyjmujemy od 3 czerwca do 6 lipca za pośrednictwem formularza: TUTAJ.

Udział w projekcie jest bezpłatny zarówno dla bibliotek, jak i dla dzieci oraz ich rodzin. Zgłoszenia składają biblioteki główne, uwzględniając w formularzu liczbę filii, do których chcą przekazać Wyprawki Czytelnicze. Szczegółowy regulamin programu jest dostępny: TUTAJ.

Jak działa projekt?

Zasady są proste. Dziecko w wieku przedszkolnym, które odwiedzi bibliotekę uczestniczącą w projekcie, otrzymuje bezpłatną Wyprawkę Czytelniczą: książkę, broszurę dla rodziców i opiekunów oraz Kartę Małego Czytelnika.

Przy kolejnych wizytach, połączonych z wypożyczeniem przynajmniej jednej książki z księgozbioru dziecięcego, Mały Czytelnik zbiera naklejki. Po zdobyciu 10 naklejek otrzymuje imienny dyplom oraz kolejną książkę w prezencie. Jeśli kontynuuje udział w zabawie, może otrzymać także trzecią książkę.

Program ma zachęcać do regularnych wizyt w bibliotece, ale bez presji – przez radość odkrywania książek, rozmowę, wspólny wybór lektur i poczucie, że biblioteka jest miejscem przyjaznym najmłodszym.

Dlaczego warto dołączyć?

Dane z realizacji projektu pokazują, że „Mała książka – wielki człowiek” realnie wspiera biblioteki w docieraniu do nowych czytelników. Ponad 71,64% dzieci biorących udział w projekcie to nowi użytkownicy bibliotek – zakładają karty biblioteczne i wracają po kolejne książki.

Widać także, że dzieci nie poprzestają na jednej wizycie. Aż 62% Małych Czytelników zdobywa dyplom za co najmniej 10 wizyt w bibliotece. To ważny sygnał, że projekt pomaga budować nawyk regularnego korzystania z biblioteki i kontaktu z książką.

Dobrze oceniają go również bibliotekarze. Ponad 80% ankietowanych bibliotekarzy oceniło ideę projektu bardzo dobrze. To potwierdza, że program jest nie tylko atrakcyjny dla dzieci i rodziców, ale też przydatny w codziennej pracy bibliotek.

Dla bibliotek udział w projekcie oznacza większą rozpoznawalność, nowe kontakty z rodzinami i możliwość pokazania, że biblioteka to miejsce otwarte, żywe i bliskie lokalnej społeczności.

Co zyskują dzieci i rodzice?

Dla dzieci udział w projekcie często oznacza pierwsze samodzielne doświadczenie biblioteczne: własną kartę, pierwszą naklejkę, dyplom, książkę wybraną z półki. Dla rodziców i opiekunów to z kolei zachęta, by czytanie stało się częścią codzienności.

Badania prowadzone w ramach projektu pokazują, że aż 83% rodziców czytało dziecku książkę otrzymaną w prezencie, a większość robiła to przynajmniej raz w tygodniu. Wielu rodziców podkreśla też, że udział w programie przyspieszył decyzję o pierwszej wizycie w bibliotece i założeniu dziecku karty.

Tak zaczyna się relacja, która może trwać przez lata – z książkami, biblioteką i ludźmi, którzy pomagają najmłodszym czytelnikom wybierać kolejne lektury.

Zgłoś bibliotekę

Biblioteki publiczne, które chcą dołączyć do nowej edycji projektu „Mała książka – wielki człowiek”, rozpoczynającej się jesienią 2026 roku, mogą zgłaszać się od 3 czerwca do 6 lipca.

Formularz zgłoszeniowy: TUTAJ.

Przypominamy, że formularz jest przeznaczony tylko dla nowych bibliotek. Biblioteki uczestniczące w edycji 2025/2026 kontynuują udział na podstawie złożonego raportu końcowego, jeśli zadeklarowały w nim chęć dalszego udziału w projekcie.

Do tej pory w ramach programu przekazano ponad 5 milionów Wyprawek Czytelniczych.

W przypadku pytań dotyczących rekrutacji prosimy o kontakt z Angeliką Ciszek: a.ciszek@instytutksiazki.pl

Raport końcowy bibliotek publicznych z udziału w edycji 2025/2026 programu „Mała książka – wielki człowiek”

Serdecznie zapraszamy wszystkie biblioteki publiczne uczestniczące w programie „Mała książka – wielki człowiek” do wypełnienia raportu końcowego z edycji 2025/2026.

Wypełnienie raportu jest obowiązkowe dla wszystkich bibliotek publicznych biorących udział w projekcie. Zebrane informacje pozwolą podsumować mijającą edycję, zebrać dane dotyczące realizacji programu oraz jak najlepiej przygotować kolejną odsłonę projektu, która rozpocznie się jesienią 2026 roku.

Raport końcowy wypełnia wyłącznie koordynator programu reprezentujący całą bibliotekę, czyli bibliotekę główną wraz z filiami. Filie nie składają raportów samodzielnie.

W formularzu prosimy o przedstawienie danych dotyczących realizacji projektu. Raport będzie również okazją do zadeklarowania chęci kontynuacji udziału w kolejnej edycji programu oraz zgłoszenia zapotrzebowania na książki do edycji rozpoczynającej się jesienią 2026 roku.

W kolejnej edycji do bibliotek publicznych ponownie zostaną wysłane trzy wyprawki czytelnicze:

  • „Bobuś” – Martyna Skibińska, ilustracje: Jacek Ambrożewski,
  • „Przywitanie Lata” – Maria Dek,
  • „Rita i koń” – Marta Kopyt.

Termin składania raportów: od 25 maja do 12 czerwca 2026 r.

Raport końcowy można wypełnić za pośrednictwem formularza dostępnego TUTAJ

Dziękujemy wszystkim bibliotekom za zaangażowanie w realizację programu i zachęcamy do terminowego przesłania raportu końcowego.

„Czytanie bardzo pomaga człowiekowi w życiu”

„Ogromnie ważne w czytaniu książek przedszkolakom jest łączenie ich z zabawą, i to musimy bardzo mocno podkreślić”. Rozmowa z dr Zofią Zasacką z Biblioteki Narodowej o tym, co biblioteka daje dziecku.

Pani Doktor, w jakim wieku warto zabrać dziecko do biblioteki po raz pierwszy?

Od samego początku. Może to zrobić każdy, kto ma z dzieckiem bliski kontakt: tata, mama, babcia, dziadek, brat, opiekunka. Chodzi o to, aby biblioteka stała się miejscem oswojonym i oczywistym. Chcemy wspierać osobę dziecięcą w tym, by miała szansę stać się czytelnikiem, bo to bardzo pomaga człowiekowi w życiu.

Pełna zgoda!

Badania empiryczne, które prowadziłam w Bibliotece Narodowej i Instytucie Badań Edukacyjnych, bardzo wyraźnie pokazały, że to, jak często i w rozmaity sposób obcujemy w dzieciństwie z książkami – widzimy rodziców czytających, mamy książki wokół siebie, bierzemy je z sobą na wakacje, odwiedzamy księgarnie i biblioteki, rodzice czytają nam na głos – ujawnia olbrzymie znaczenie, gdy osiągamy wiek 12-13 lat. Wtedy widać, kto polubił, a kto nie polubił czytania. Żeby czerpać satysfakcję z lektury, czynności dosyć trudnej, złożonej i wyczerpującej, szczególnie dzisiaj, gdy mamy tak dużą konkurencję ekranów i innych zajęć, musimy przede wszystkim znaleźć w czytaniu osobistą satysfakcję. A tego trzeba się nauczyć.

Dla mnie biblioteka zawsze była połączeniem bezpieczeństwa i ekscytacji.

Dokładnie o to chodzi! Dla malucha biblioteka ma być takim miejscem jak np. dom przyjaciół rodziców: dziecko wjeżdża tam w wózku i już się uśmiecha, bo spodziewa się czegoś fajnego. Bo zna tych ludzi, oni robią do niego śmieszne miny, przenoszą z pokoju do pokoju, tyle się dzieje! Jest miło, wesoło, kolorowo, zaraz coś je zaskoczy, będzie nowe. Dzieci szalenie lubią nowe rzeczy. Do biblioteki idziemy, bo chcemy tam iść. Nie jak do lekarza, do którego iść trzeba. Wycieczka do biblioteki to z jednej strony zajęcie oczywiste, codzienne, takie angielskie taken for granted, a z drugiej, spotka nas tam coś wspaniałego – w zwykły wtorek wyjdziemy z plecakiem nowych książek. Dzieci lubią oglądać to, co już znają, co jest zaprzyjaźnione, ale też lubią nowych przybyszy. Traktują książki jak świeżych przyjaciół, jak nowy widok z okna.

Jakie najważniejsze korzyści dla rozwoju przedszkolaka dostrzega pani w regularnych wizytach dziecka w bibliotece?

Przede wszystkim to, o czym już wspomniałam: przyzwyczajenie, że to moje miejsce, gdzie nie spotka mnie krytyka ani kara, tylko zawsze atrakcyjna nagroda. Ludźmi, którzy niechętnie korzystają z bibliotek, często powodują obawy, że się tam nie odnajdą albo zgubią książkę. Biblioteka to musi być od samego początku miejsce dziecka, ono tam nie jest gościem, tylko jest u siebie i wszyscy się cieszą, że przyszło. Bo ono należy do społeczności czytelników, ma swoje community. Czytelnik jest jak człowiek głęboko wierzący, który, aby nabrać otuchy w obcym miejscu lub trudnym momencie, wstępuje do kościoła. Bo czym jest socjalizacja do czytania? Oswajaniem z tym, że czytanie to czynność wykonywana codziennie, powszednia. Jak chleb.

Jak biblioteka może wspierać rozwój emocjonalny, społeczny i kulturowy przedszkolaków?

To jest olbrzymia paleta spraw. Biblioteka przede wszystkim pozwala dziecku na komunikację z książką. Nie każdy ma książki w domu, z wielu powodów albo nie każdy ma ich dużo i różnych. A kluczem do tego, by dziecko rozwijało się wszechstronnie, jest właśnie rozmaitość lektur. Każdy typ książek rozwija inne nasze umiejętności i buduje nas jako czytelnika – osobę bogatą wewnętrznie, krytyczną, świadomą. Różne książki spełniają różne nasze potrzeby, dlatego fajnie jest, gdy dziecko obcuje z wieloma ich typami, rodzajami.

Przypomniała mi Pani o tym, że będąc dzieckiem uwielbiałam sięgać po książki dla „dorosłych”, np. legendy ludowe z mojego regionu.

Dotknęła pani ważnej rzeczy. Bardzo niebezpieczne jest zafiksowanie się na tym, że coś jest dla dziecka za trudne. Jeżeli mówimy o przedszkolakach, to na pewno powinny mieć dostęp do picture booków, czyli książek obrazkowych. I tutaj dochodzimy do bardzo ważnej kwestii: wyposażenia bibliotek. One są uzupełnieniem domu i przedszkola, bo ani dom, ani przedszkole nigdy nie będą miały tak dużego księgozbioru. Przyznam się, że swoimi badaniami o socjalizacji do czytania w przedszkolach przyłożyłam rękę do Narodowego Programu Rozwoju Czytelnictwa. Dzięki niemu publiczne przedszkola otrzymały pieniądze na zakup nowości, tych wspaniałych książek, które zdobywają m.in. Nagrody IBBY [Międzynarodowej Izby ds. Książek dla Młodych – przyp. red.], a są dosyć drogie. Jestem dumna, że widziałam u wnuczki w przedszkolu książki, które zakupiono z tych pieniędzy.

Dlaczego picture booki są ważne?

Bo dziecko może je oglądać samodzielnie, gdy jeszcze nie umie czytać. Najlepiej, gdyby towarzyszył temu dorosły opiekun, rozmawiał z dzieckiem, pokazywał, zadawał pytania, a dziecko się zastanawiało i wymyślało własne historie. To sprawa kolosalna, bo inne badania, które prowadziłam, pokazały, jak już piętnastolatkowie bardzo się różnią w umiejętności osiągnięcia imersji, czyli zanurzenia się w fikcję, wyobrażenia sobie historii, wejścia w cudze buty, zrozumienia bohatera. Dla jednych empatyzowanie było łatwe i oczywiste, dla innych to była czynność obca i nieprzyjazna. To wszystko są umiejętności społeczne, które daje nam wiele przeczytanych książek, nie jedna lektura.

Czy książki mogą nas nauczyć poczucia humoru?

Tak! Humor jest nadzwyczaj cenną wartością, która uczy nas dystansu do świata, znoszenia porażek i bardzo ułatwia komunikację z ludźmi. Literatura w ogóle uczy tej najcenniejszej ludzkiej umiejętności: komunikowania z innymi. Inna nadzwyczaj trudna i niedemokratycznie podzielona wśród ludzi umiejętność to rozumieć i umieć przekazać innym, co czujemy. Tego też książki uczą.

Jakie znaczenie ma fizyczna przestrzeń biblioteki: jej wystrój, dostęp do książek, strefy do zabawy i odpoczynku?

To jest szalenie istotne. Ogromnie ważne w czytaniu książek przedszkolakom jest łączenie ich z zabawą, i to musimy bardzo mocno podkreślić. Przed chwilą mówiłam, że literatura piękna, fikcjonalna uczy nas wchodzenia w cudze buty. Zabawa uczy nas tego samego. Dzieci uwielbiają wcielać się w role. Fantastycznie, jeśli w przedszkolu odgrywają książkowych bohaterów w teatrzykach. Zabawa dostarcza nam thrillu, napięcia, radości, podniecenia. Boimy się, chowamy się, coś się dzieje, ale wszystko jest na niby, bezpieczne, wracamy do codzienności. Dokładnie to samo dzieje się w czytaniu. Wczesna piśmienność, ażeby była autentyczna, musi być łączona z zabawą.

Czy kilkulatek w bibliotece powinien sam wybierać sobie książki?

Tak. Tutaj odniosę się do New Childhood Studies, czyli nowych studiów nad dzieciństwem. One są nadzwyczaj cenne, gdyż traktują dziecko podmiotowo – już dwu- czy czterolatek jest samodzielnym aktorem w życiu. Dziecko to nie człowiek w stanie przejściowym do dorosłości, w każdym wieku jest pełnowartościową osobą. Dzieciństwo to nie poczekalnia, tylko moment, który trzeba w pełni wykorzystać.

Ważne jest tutaj samostanowienie dziecka. Dajemy mu szansę bycia samodzielnym aktorem w świecie społecznym, a w bibliotece może dokonywać wyborów. Nie może być tak, że bibliotekarka, mama, czy tata mówi: „Czytaj tylko fantastykę, bo dzieci fantastykę uwielbiają”. Dziecko może woleć komiksy, książki popularnonaukowe albo „Rodzinę Monet”. Czasami dzieci boją się bać, gwałtowne emocje są dla nich trudnym doświadczeniem. Nie denerwujmy się, że czytają co innego, niż byśmy chcieli. Bywają książki, które nas nie zachwycają swoimi walorami literackimi, ale działają inaczej, tak jak moda. I to też jest fajne.

Dzieci, jeśli mają dużo książkowych doświadczeń, wcale nie czytają nieudanych książek bezkrytycznie. Starajmy się pokazać, że jest inna możliwość, ale wybór dziecka jest absolutnie wiążący i jest kluczową drogą do tego, żeby zrodziły się motywacje wewnętrzne i przekonania, o których powiedzieliśmy na początku. Czyli że „czuję się czytelnikiem”.

Zofia Zasacka. Socjolożka. Zajmuje się socjologią literatury i socjologią młodzieży i edukacji, socjologią dzieciństwa, prowadzi w Bibliotece Narodowej badania praktyk i postaw czytelniczych, rezonansu czytelniczego w różnych środowiskach społecznych, szczególnie wśród dzieci i młodzieży. Kontakt: zofiazasacka@wp.pl

Kocham śmiech i błazenadę. Mam nadzieję, że wspólna lektura „Bobusia” spowoduje, że dzieci i dorośli będą się śmiać i spędzą ze sobą radosne chwile – mówi Martyna Skibińska

Skąd wziął się pomysł na robota zbudowanego ze śmieci z garażu – starego odkurzacza, kanistra, rękawic ogrodowych?

Nałogowo zbieram niepotrzebne rzeczy i nie umiem nazwać ich śmieciami. Z trudem też się z nimi rozstaję. Historia Bobusia, robota-składaka, miała ukoić mój ból po rozstaniu z tonami przedmiotów, które latami gromadziłam, żeby je przerobić na coś innego. Skarby ze śmietnika w końcu trafiły do recyklingu, a ja napisałam książkę o robocie z odpadków, którego nigdy nie zbudowałam.

Tytułowego Bobusia konstruują razem Babcia i wnuczek Lucio. Czy ma Pani podobne wspomnienia z dzieciństwa?

W książce oparłam się na wspomnieniach wielu wakacji spędzanych z dziadkiem. Dziadek był najważniejszą postacią mojego dzieciństwa. Dawał mi ogromne poczucie bezpieczeństwa, był cierpliwy i wyrozumiały, zawsze traktował mnie poważnie i rozmawiał ze mną dokładnie tak samo jak z dorosłymi. Uważał, że mam dzikie pomysły i zawsze okazywał dumę z tego, że wymyśliłam coś, na co on by nie wpadł (przesadzał).

Chciałam, żeby bohaterów mojej książki, Lucia i Babcię łączyła taka sama relacja: ciepła, otwarta, w której i dziecko, i dorosły może śmiało mówić to, co myśli, w której oboje się szanują i o siebie troszczą.

Treść książki uzupełniają cudne ilustracje Jacka Ambrożewskiego. Jak wyglądała Wasza współpraca nad kształtem Bobusia i całą grafiką?

Jacek miał śmiałą wizję, którą chyba w całości zrealizował. Z efektami jego pracy zetknęłam się już na samym końcu procesu wydawniczego, który w tej edycji programu „Mała książka – wielki człowiek” był wyjątkowo krótki. Jako autorka i ilustrator pracowaliśmy z zadyszką!

Dlaczego Bobuś działa na biopaliwo (fusy, obierki, trawę) i co to mówi dzieciom o ekologii i wykorzystywaniu tego, co zwykle trafia do śmieci?

Mam nadzieję, że „Bobuś” w zabawny sposób pokazuje troskę o środowisko. Podoba mi się, że dla moich bohaterów dbałość o świat wokół jest czymś całkowicie naturalnym. Wydaje mi się, że coraz więcej dorosłych myśli o tym, żeby zostawić dzieciom planetę, która jeszcze trochę będzie działać. Bardzo się cieszę, że dzieci, rówieśnicy książkowego Lucia, potrafią się tego od nich głośno domagać.

Postać Bobusia ewoluuje – od prostego robota po kogoś, kto „zjadł internet”. Jak ważna była dla Pani ta transformacja?

Bobuś stawia pierwsze kroki w garażu jako nieporadne robotyczne niemowlę. Z początku jego głowę wypełnia tylko fermentująca sieczka z kompostownika, co powoduje, że robot jest co prawda uroczy, ale strasznie infantylny. Dopiero kiedy Babcia karmi go cytatami z ulubionych lektur, Bobuś przeistacza się w uroczego dżentelmena. Świetny z niego kompan, ale jako pomocnik nadal jest beznadziejny. Nie pomaga nawet zassanie przez niego całej wiedzy z Internetu. Zamiast pomagać Babci i Luciowi sam zdany jest na ich opiekę. Jest zabawny i ma dobre chęci, ale to nie wystarczy, żeby kiedykolwiek zastąpił Luciowi Babcię, czy Babci Lucia. Mam nadzieję, że tak zostanie.

Jaką rolę pełni w tej historii moment, gdy Lucio mówi babci: „pamiętaj, że to ja jestem twoim najlepszym pomocnikiem”?

Trochę się martwię tym zdaniem. Nie lubię nachalnej dydaktyki, a ta wypowiedź mocno nią trąca… Lucio to bystrzak. Ale też jest dzieckiem, które jest bardzo kochane przez bliskich i sam bardzo ich kocha. A w rodzinie Lucia miłość to dbanie o drugą osobę i jej dobre samopoczucie, radość ze wspólnego spędzania czasu i niekończące się źródło wzajemnej aprobaty. Tak naprawdę Lucio nie musi przypominać Babci, że zawsze będzie dla niego ważna. Babcia doskonale to wie.

A jak reagują dzieci, gdy czyta się im o Bobusiu? Z którymi fragmentami najbardziej się identyfikują lub o które najczęściej pytają?

Cichym bohaterem książki jest jamnik Parówek. Dzieci wzrusza jego miłość do starej dętki i nowa miłość do robota. Nie wiem, czy przypadkiem Parówek nie jest najbardziej człowiecki w całej książce. Jeśli chodzi o Bobusia, to młodzi czytelnicy chyba najbardziej są zaskoczeni tym, że robot może być taki niepraktyczny. Dopiero po wspólnej lekturze zaczynają projektować roboty do puszczania bąków, do puszczania kaczek, do łaskotania. Mnie z kolei zaskakuje, że wszyscy lubią budować roboty! Chociaż podczas warsztatów

dzieci najchętniej korzystają z nowiutkich elementów pochodzących z supermarketów budowlanych i z podejrzliwością przyglądają się skarbom, które przynoszę ze śmietników (mimo że są czyściutkie i zdezynfekowane, serio).

Co to za warsztaty?

Odbyliśmy z Jackiem już kilka, między innymi w ramach Festiwalu Conrada w Krakowie i Festiwalu Wspólna Niepodległa w Warszawie. Podczas zajęć powstaje robot z różnych elementów, które mogłyby zalegać komuś w garażu, piwnicy lub na strychu. Mamy pewne trudności z procedurami BHP. Dzieci wyrywają Jackowi wszystkie akcesoria i same chcą budować roboty, a przy okazji wpadają na niebezpieczne pomysły co do sposobów użycia trytytek i innych pozornie niegroźnych elementów. Ja pracuję z „programistami”: pomagam dzieciom spisywać ich życzenia i oczekiwania w stosunku do robota i wkładamy je później do robocinej głowy. Nie uwierzy Pani, ale nawet po 90 minutach pracy nad robotami nie wykonują one nawet najprostszych poleceń…

A co w Bobusiu mogą odkryć dorośli?

Kocham śmiech i błazenadę. Mam nadzieję, że wspólna lektura „Bobusia” spowoduje, że dzieci i dorośli będą się śmiać i spędzą ze sobą radosne chwile. Dla mnie nie ma nic ważniejszego.

Martyna Skibińska. Autorka pełnych humoru książek dla dzieci, scenarzystka, copywriterka, doradczyni firm odpowiedzialnych społecznie. Jej „Duchowy przewodnik po Polsce” trafił na międzynarodową listę najlepszych książek dla dzieci i młodzieży „The White Ravens” 2024 i otrzymał nominację do Nagrody im. Ferdynanda Wspaniałego, a komedia kryminalna „Wyjaśnij to, Lotko” była nominowana do 28. Ogólnopolskiej Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego. Jednym z jej dzieci jest również reklamowy Mały Głód, który od lat prześladuje wszystkich, niezależnie od wieku.

Koń w przedszkolu, jaki jest, każdy widzi

Rozmowa z Martą Kopyt, autorką i ilustratorką książki „Rita i koń. O koniu, który mieszkał w salonie, łączeniu sztuki i matematyki oraz radości z dotarcia do dziesiątek tysięcy przedszkolaków w Polsce.

Pewnego dnia do drzwi mieszkania małej Rity puka koń. Czemu właśnie on?

W 2011 roku ukończyłam studia na warszawskiej ASP. Moją pracą dyplomową był happening: naturalnej wielkości sztuczny koń bił rekord prędkości na sto metrów na torze wyścigów konnych na Służewcu. Po tym wydarzeniu został mi dyplom z wyróżnieniem oraz … właśnie ten koń. Zamieszkał ze mną, przez wiele lat zajmował nawet salon! Opowiadałam więc swoim dzieciom różne historie z koniem w roli głównej – na przykład jak nagle ożywa i zabiera je na przejażdżkę – ale też mocno związane z prawdziwymi wydarzeniami w naszej rodzinie. W bajkę o koniu łatwo można wpleść różne tematy z życia wzięte i jakoś po latach stał się oczywistym bohaterem książki „Rita i koń”. Jako że moje dzieci już wyrosły z okresu przedszkolnego, główna bohaterka jest inspirowana córką mojej przyjaciółki.

Bardzo polubiłam Ritę, która wiele rzeczy robi po swojemu: np. sama wybiera ubrania i uczy konia zasad. Jaką bohaterkę chciała Pani stworzyć?

Samodzielną, ale też zależało mi na pokazaniu jej relacji z rodzicami. Rita ma zapewnioną dużą dozę autonomii, rodzice są z boku, nie wtrącają się w jej wybory ubraniowe czy zabawy. Jednocześnie są obecni i służą jej wszelkim wsparciem, gdy tylko go potrzebuje. Np. mama Rity, prawniczka, czyta z dyrektorką przedszkola regulamin placówki, w którym nie ma nic na temat zakazu wprowadzenia tam koni.

Mamy zatem konia, który potrafi mówić i idzie z Ritą do jej przedszkola, czyli świat abstrakcyjny. Obok tego jest świat realny: zwykła placówka dla dzieci, plac zabaw „Szczurki” i osiedlowe życie. Czy miejsca z książki istnieją naprawdę?

Sceneria „Rity i konia” to totalne połączenie rzeczywistości i fikcji. Ogólny plan i rozmieszczenie budynków układałam sobie w głowie na bazie osiedla, na którym kiedyś mieszkałam. Rozkład mieszkania Rity też pochodzi z tamtych czasów. Przedszkole i szatnie to połączenie placówek moich dzieci. Plac zabaw „Szczurki” jest prawdziwym placem zabaw moich kuzyneczek, które chodzą tam zawsze po przedszkolu. Dziewczynki opowiedziały mi, na której platformie zwykle jedzą przekąski, dostałam od ich mamy zdjęcia sprzętów i na tej bazie zrobiłam rysunki do książki. Zależało mi na pokazaniu przestrzeni znanych dzieciom, w których większość z nich przebywa na co dzień. Dlatego na miejsce akcji wybrałam zwykłe przedszkole, plac zabaw i boisko.

Dorośli w książce – rodzice, panie przedszkolanki – sporo negocjują z koniem. Co chciała Pani powiedzieć o ich granicach i elastyczności w kontakcie z dziećmi?

Chciałam zasugerować, że przy dobrej woli dorosłych można rozwiązać wiele naturalnie pojawiających się problemów. Lubię, gdy dorośli, zamiast narzucać swoje rozwiązania jako najlepsze, starają się być elastyczni i zapraszają do współudziału osoby, które samodzielnie często nie mają możliwości czegoś zrobić. To umożliwia wspólne działanie i przeżywanie.

To dlatego w książce pojawia się dużo bałaganu, śmiechu i pomyłek?

Myślę, że dzieciom należy pokazywać nieidealne sytuacje. Życie składa się z serii różnych zdarzeń, nie tylko takich, gdzie od razu wszystko się udaje. Śmiech może być dobrym lekarstwem na wpadki i warto z tego narzędzia korzystać.

W pewnym momencie Rita się złości, czuje się pominięta, np. przy czesaniu konia. Jak pracowała Pani nad przedstawieniem dziecięcych emocji, by były prawdziwe, ale też bezpieczne dla małych czytelników?

To akurat był pomysł mojej wydawczyni, żeby pokazać również rodzaj kłótni, trudnych, nieprzyjemnych emocji. W pracy z dziećmi czasem miewam sytuacje, gdy ktoś lub ktosia wymyśla zabawę i inni mają się bawić dokładnie tak, jak ta osoba chce. Różnie się to może potoczyć, w zależności od kompetencji społecznych dzieci. Ricie jest w tamtym momencie trudno, ale radzi sobie z sytuacją na swój sposób.

Mój przyjaciel zawsze powtarza, że „każda dobra zabawa kończy się płaczem” i chyba coś w tym jest. Wracając do pani, jest pani również popularyzatorką matematyki. Czy matematyka wpływa na pani twórczość jako artystki?

Robię projekty książkowe, w których łączę matematykę i ilustracje, piszę też artykuły do czasopisma „Kosmos dla dziewczynek”, a moja rubryka jest właśnie o matematyce. Aktualnie robię doktorat i zajmuję się konceptem sztuki matematycznej, więc rozkminiam ten temat na bardzo teoretycznym poziomie! Można więc powiedzieć, że tak, matematyka wpływa na mnie dosyć mocno (śmiech).

Książka „Rita i koń” ma ogromny nakład. Toaż 70 tysięcy egzemplarzy dystrybuwanych w ramach programu „Mała książka – wielki człowiek”. Jak odbiera Pani fakt, że ta historia trafi do tak szerokiego grona małych i dużych czytelników?

Nawet nie wiem, jak to opisać. Jest to rodzaj wzruszenia czy wdzięczności, że dzięki tej akcji moja książka może dotrzeć do niemal każdego przedszkolaka w Polsce. Tworzenie sztuki dostępnej dla każdego, niezależnie od miejsca zamieszkania, wieku czy wykształcenia, bardzo mi się podoba, ale bardzo trudno jest taki cel osiągnąć. A dzięki promocji i pomysłowi tej kampanii to się właśnie dzieje!

Czy planuje Pani kolejne historie o Ricie, na przykład o tym, jak wygląda „końskie przedszkole”, do którego dziewczynka chce pojechać następnego dnia?

Tak! Mój umysł działa tak, że cały czas coś wymyślam. Kiedy więc moja wydawczyni z Muchomora spytała, co bym powiedziała na drugą część… Trybiki już się kręcą.

Marta Kopyt. Artystka, wymyślaczka, społeczniczka, popularyzatorka matematyki, inicjatorka programów artystyczno-edukacyjnych. Autorka książek: „Rita i koń”, „Gdzie dzisiaj śpimy?”, „Legendy wiślane”, „Punkt wyjścia. Wytwórnik geometryczny”. W „Kosmosie dla dziewczynek” redaguje i wymyśla matematyczny dział “Księżniczka Lilavati”. 

Maria Dek: Nie lubię robić książek, które uczą

– Pracując nad tą książką najmniejszą sympatią darzyłam Żwawą Kozę. Na końcu okazało się, że sama nią jestem – śmieje się Maria Dek, autorka i ilustratorka „Przywitania lata.

Jak narodził się pomysł „Przywitania lata”?

Pomysł na książkę o różnorodności – bo o tym jest „Przywitanie lata” – miałam w głowie od dawna. Wtedy też powstały postaci do książki, czyli 14 zwierząt. Każde z nich reprezentuje inną cechę charakteru, a bohaterowie występują w parach i są swoimi przeciwieństwami. Chciałam pobawić się tym, że każdy z nas jest inny, ale to wspaniałe, bo dzięki temu świat jest różnorodny. Chciałam też pokazać, że każda cecha ma swoje blaski i cienie, więc zwierzęta mają z czymś trudności, a z czymś jest im łatwiej. Bohaterów spaja postać Lata. Ono im uświadamia, że można współdziałać i wtedy wydarzają się piękne rzeczy.

Ekipa mieszkańców Małego Lasu jest wyjątkowo różnorodna – od Ostrożnej Tygrysicy Tereski przez Spontaniczną Gąsienicę Różę po Wszystkowiedzącą Mysz Teodorę. Kto jest zwierzęcym alter ego Marii Dek? I czy postacie są całkiem zmyślone, czy może mają swoje ludzkie odpowiedniki?

Miałam dużo zabawy przy wymyślaniu tych bohaterów i starałam się zrobić to tak, żeby nie były to typowe skojarzenia typu: niebezpieczny krokodyl, groźna tygrysica, głodny niedźwiedź. Cechy dobierałam raczej na przekór, by było lekko i śmiesznie. Gdy postacie powstawały, nie miałam bezpośrednich skojarzeń z konkretnymi osobami, ale kiedy już były gotowe i zaczęłam opowiadać o nich bliskim, okazało się, że każdy z nich jednak występuje w tej książce (śmiech). Wiem, że czytelnicy też bawią się postaciami – przypasowują je do swoich znajomych i rodziny. Jest to bardzo wesołe i niezwykle miłe.

Jeśli chodzi o moje alter ego, to pracując nad książką najmniejszą sympatią darzyłam Żwawą Kozę. Po czym na końcu okazało się, że sama nią jestem, bo żwawość i cechy ADHD są mi bardzo bliskie (śmiech). Żwawa Koza jest ciągle zagoniona, ma dużo na głowie, sama sobie pewnie dużo na nią bierze – zupełnie tak jak ja. Dlatego już na pierwszej rozkładówce, gdzie widzimy domki wszystkich postaci, przy jej domku narysowałam trampolinę, na której skaczą dwa koźlątka. To są moi synkowie: Tytus i Julek.

To urocze! Czego twoi bohaterowie mogą nauczyć dzieci?

Nie lubię robić książek, które uczą. Wolę, by zapraszały do własnej refleksji i pomysłów. Staram się, aby moje książki i ilustracje wywoływały emocje, rozpalały jakiś ogień. No i oczywiście by wyzwalały śmiech, im więcej, tym lepiej. Metodą skojarzeń i refleksji chcę docierać do dziecięcej wyobraźni i wrażliwości. Jeśli dziecko weźmie sobie z książki jakąś „naukę”, to wspaniale. Na pewno bliskie jest mi piękno różnorodności oraz to, co robię podświadomie w każdej książce i nie mogę przestać – bliskość natury i to, jakim wspaniałym doświadczeniem jest obcowanie z nią. Chciałabym bardzo, żeby dzieci czytając moje książki złapały przyrodniczego bakcyla, a najlepiej rzuciły je w kąt i poszły na spacer.

Przywitanie lata” trafi do wielu domów. Jakie to uczucie?

Jest mi niezmiernie miło, że „Przywitanie lata” wygrało konkurs Instytutu Książki i że faktycznie trafi do wielu, wielu, wielu dzieciaków. W Polsce takiego nakładu książki jeszcze nie miałam. Cudowne jest dla mnie też to, że odbiorcami są polskie dzieci, z którymi mogę osobiście się spotykać. Włożyłam w tę książkę całe serce, chcąc im pokazać, że świat literatury może być szaloną furtka do przygód, radości i wyobraźni. Chciałabym też bardzo zaprosić dorosłych do wspólnego spędzania czasu z dziećmi i odkrywania, że książka to nie tylko siedzenie razem na kanapie, ale też różne aktywności dookoła. Na końcu „Przywitania lata” jest kod QR – prowadzi do podstrony, na której są propozycje wspólnych zabaw. To jest niezwykły zaszczyt móc dotrzeć do takiej dużej liczby czytelników. Mam nadzieję, że sprostałam zadaniu i każdy się uśmiechnie. Albo chociaż co drugi.

A czy docierają do ciebie głosy, jak dzieci odbierają tę książkę?

Wiem już, że wchodzą z „Przywitaniem lata” w świat zabawy. Mówią na przykład: „Aaa, Głośny Królik Helmut jest jak mój kolega Staś, więc nazwijmy go Głośnym Królikiem Stasiem”. Albo „Nieśmiały Krokodyl Ambroży to tak naprawdę Dziadek Witek” itd. Cudownie, że książka staje się dla dzieci odniesieniem do ich prawdziwego życia. Słyszałam też, że ilustracje są dość poruszające dla odbiorców. Czuję się naprawdę spełniona.

Pamiętasz swoje ulubione książki z dzieciństwa? Jakie lektury cię ukształtowały?

Z przedszkola pamiętam Pafnucego, a poza tym… niewiele więcej. Rodzice nie bardzo mi czytali, więc to przewrotne, że dziś zajmuję się książkami. Już w szkole czytałam dużo sama, a najbardziej ukochałam „Muminki”. Były jedną z moich pierwszych samodzielnych lektur i wielokrotnie do nich wracałam. Kochałam, kocham i kochać będę też „Pchłę Szachrajkę” Jana Brzechwy. Czytała mi ją moja siostra. „Pchła” nie miała ilustracji. W ogóle ze światem ilustracji zetknęłam się dopiero w dorosłym życiu, gdy postanowiłam, że będę ilustratorką. Może właśnie dzięki temu jakoś inaczej na to patrzę? Na pewno to dosyć śmieszne uczucie, bo większość ilustratorów i ilustratorek marzyła o tym od dziecka, a ja bardzo długo nie lubiłam rysować. Polubiłam to dopiero po dwudziestym roku życia.

Powiedz proszę na koniec, czy możemy liczyć na kolejne pory roku z tymi samymi bohaterami i ich nowymi przygodami?

Jeszcze o tym nie myślałam. Na pewno są to postaci, które bardzo lubię i z przyjemnością je malowałam. Nie mówię „nie”, ale póki co w moim kalendarzu jest zaplanowanych trochę innych książek, więc zobaczymy. Nie zapomnę o nich, bo długo byli ze mną, najpierw w szufladzie, a potem w druku. Może będą witać inne pory roku, może robić zupełnie coś innego, a może użyję tylko kilku postaci do kolejnej części. Wszystkie opcje są otwarte i jeszcze nieznane.

Maria Dek. Rocznik 1989. Ilustratorka i autorka, absolwentka University of the Arts London oraz Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Mieszka w Puszczy Białowieskiej. Jej książki zostały wydane w wielu językach: po polsku, angielsku, włosku, francusku, hiszpańsku i koreańsku.

Anna Karcz, psycholog dziecięcy: To książki o różnicach, relacjach i drugich szansach

O tym, co wartościowego jest w trzech nowych książkach, które w ramach akcji „Mała książka – wielki człowiek” przedszkolaki mogą otrzymać na własność w bibliotekach, mówi Anna Karcza, psycholog dziecięcy i autorka bloga emocjedziecka.pl.

Bobuś, Martyna Skibińska, il. Jacek Ambrożewskim, Wydawnictwo Dwie Siostry

„Bobuś” to ciepła, zabawna opowieść o tym, że nawet najbardziej szalony wynalazek nie zastąpi… dobrej relacji. Lucio i Babcia wspólnie tworzą robota, ale tak naprawdę tworzą wspomnienie bliskości, współpracy i bycia razem.

Bardzo lubię w tej historii to, że pokazuje sprawczość dziecka. Lucio próbuje, myśli, wpada na pomysły, a Babcia traktuje go serio i to wspaniale buduje jego poczucie kompetencji. Sam Bobuś jest tu świetną metaforą uczenia się: czasem coś mu nie wychodzi, czasem robi bałagan, ale z każdej sytuacji wynika coś dobrego.

Czytanie „Bobusia” daje dużo radości, a po lekturze można zostać z ważną myślą: technologia może być pomocna, ale to relacje i bycie razem są najcenniejsze. Polecam do wspólnego czytania i rozmów o emocjach, bliskości i… życiowej kreatywności.

Przywitanie lata, Maria Dek, Wydawnictwo Bernardinum

To pełna humoru opowieść o tym, że każdy z nas jest inny ktoś głośny, ktoś cichy, ktoś zestresowany, ktoś spontaniczny i że wszystkie te różne postacie mogą w końcu stworzyć coś wspólnego. Zwierzątka z Małego Lasu robią wokół siebie totalny chaos, ale to właśnie ten bałagan staje się początkiem rozmowy o współpracy, uważności i tym, jak ważne jest słuchanie siebie nawzajem.

Tytułowe Lato nie ocenia, tylko przychodzi z uśmiechem i daje im drugą szansę a dzieci dostają piękny przykład, że można zaczynać od nowa i że razem wszystko idzie po prostu lepiej. Warto sięgnąć po tę książkę, bo stać się może początkiem wielu wartościowych rozmów o różnicach i budowaniu relacji.

Rita i koń, Mart Kopyt, Wydawnictwo Muchomor

„Rita i koń” to historia o  wyobraźni i o tym, jak bardzo przedszkolaki potrzebują towarzysza do odkrywania świata. Książka świetnie pokazuje, jak dziecko uczy się relacji „w działaniu”: Rita tłumaczy koniowi zasady, uczy go liczyć, dba o niego, a jednocześnie sama doświadcza frustracji, radości, dumy i… poczucia chaosu. To bardzo bliskie temu, co dzieci przeżywają na co dzień.

Najpiękniejsze jest jednak to, że relacja Rity z koniem daje dziewczynce poczucie sprawczości, kompetencji i ważności a jednocześnie zostawia dużo miejsca na humor i czułość. To książka, która wzmacnia dziecięcą kreatywność, pokazuje świat bez nadęcia i przypomina, że bycie razem jest po prostu fajne.

„Patrząc na popularność „Bobusia”, to może się okazać, że kto nie wziął go od razu, nie będzie miał go wcale”

– Ta edycja bogata w trzy książki z pewnością robi wrażenie i sprawia, że chętnych jest więcej niż w ubiegłych latach – mówi Paulina Wandas z Biblioteki Miejskiej w Wieliczce. Również w Wiśle wyprawki szybko znikają.

Dom Zdrojowy przy rynku w Wiśle stoi już prawie wiek. Kiedyś mieściło się tu kino Marzenie, dziś całe pierwsze piętro zajmuje Miejska Biblioteka Publiczna im. J. Śniegonia. Starsi czytelnicy mogą tu zajrzeć na Dyskusyjne Kluby: książkowy i filmowy, zagrać w planszówki lub szachy. Na drugim piętrze, w tzw. Gołębniku, dyrektorka placówki Ilona Majewska tworzy salę do zajęć z sitodruku i pracownię animacji poklatkowej, którą zaraziła już wiele dzieci. Bibliotekarki Karolina Ciemniewska i Iwona Cieślar prowadzą dział dziecięcy. Chętnie przestawiają meble, stale szukając miejsca na kolejny regał. Dzieci samodzielnie aranżują pufy i fotele. – Mamy jeszcze namiot do czytania, który uwielbiają – cieszy się pani Karolina. Ona sama najbardziej lubi naturalne światło, które wpada do wnętrza.

Miło rozsiąść się i wdychać zapach nowości też w Bibliotece Miejskiej przy pl. M. Sulimowskiego w Wieliczce. Nowoczesną przestrzeń podzielono tu na strefy: dla maluchów, dzieci i młodzieży, część gamingową, komputerową i projekcyjną. Całość dopełnia otwarta czytelnia i mini ścianka wspinaczkowa. Paulina Wandas kieruje działem dla dzieci i młodzieży. Przyszła tu zaraz po studiach nauczycielskich, szukała zajęcia na pół etatu. Została na 18 lat. Właśnie ogląda wyprawki dla przedszkolaków, które jej biblioteka otrzymała w ramach akcji „Mała książka – wielki człowiek” – w sumie 180 sztuk. – Ta edycja bogata w trzy książki z pewnością robi wrażenie i sprawia, że chętnych jest więcej niż w ubiegłych latach – zauważa pani Paulina.

Na razie prowadzi „Bobuś”

Kto się cieszy bardziej w chwili wręczania wyprawki: dziecko czy bibliotekarka? Karolinę Ciemniewską z Wisły wzrusza każda taka chwila, ale uważa, że jednak dzieci. – Są bardzo przejęte możliwością wyboru książki, cenią sobie tę sprawczość i czasami długo się zastanawiają, przeglądając i analizując, który tytuł chcą mieć. Lubię im przypominać, że mogą mieć je wszystkie i decydują tylko o kolejności – mówi. A po chwili dodaje: Chociaż patrząc na popularność „Bobusia”, to może się okazać, że kto nie wziął go od razu, nie będzie miał go wcale. W naszej bibliotece “Bobuś” stanowi 95 proc. wszystkich pierwszych wyborów. Również w Wieliczce, póki co, w koszulce lidera i nie oglądając się za siebie jedzie „Bobuś” Martyny Skibińskiej z ilustracjami Jacka Ambrożewskiego. – Dzieciaki uwielbiają dostawać, a jak to jest książka i to jeszcze „na zawsze”, to jest uśmiech na buzi i ogromne zadowolenie – zdradza pani Paulina.

Wiele dzieci przychodzi po wyprawkę z babcią lub dziadkiem. Rodzice zaś, jak twierdzą bibliotekarki, za każdym razem zachęcają pociechy do udziału w akcji. – Często mówią, że biblioteki bardzo się zmieniły od czasów, kiedy sami byli mali i dziś to ich ulubione miejsce do spędzania czasu z własnymi dziećmi. Zachwyca ich też różnorodność i jakość obecnej oferty wydawniczej – mówi Karolina Ciemniewska. Wielu rodziców dowiaduje się o akcji z mediów, część dopiero przy bibliotecznej ladzie. Jedni i drudzy wracają.

Nawet cztery lata wcześniej

Obie biblioteki realizują program „Mała książka – wielki człowiek” Instytutu Książki już od kilku lat. Karolina Ciemniewska największą siłę i mądrość akcji widzi w tym, jak program oswaja dzieci z przestrzenią biblioteki. – Zakochiwanie się w książkach i czytaniu to czasami trudny, a dla wielu długi proces. Program daje dzieciom i rodzicom szansę na rozbieg przed tym maratonem, jakim jest życie z książką – mówi.

Pierwszą wyprawkę z książką dziecko dostaje już za samo przyjście do biblioteki. Druga i trzecia wymaga uzbierania po 10 naklejek maluch otrzymuje je za każde wypożyczenie dowolnej książki z księgozbioru dziecięcego. – To daje dzieciom szansę na powroty. Zachwyca mnie poziom książek rozdawanych w ramach programu i łatwość jego rozliczenia. Działalność bibliotek opiera się na zaufaniu: czytelnicy ufają w nasze polecajki, my ufamy, że czytelnicy zwrócą książki. Twórcy akcji chyba to rozumieją i też nam ufają: brak biurokracji, skomplikowanych i rozbudowanych raportów jest ogromnym ułatwieniem. Można zachować siły na rozmiłowanie dzieci i ich rodziców w pięknych przykładach literatury dziecięcej. Trudno takiej akcji nie wspierać – podkreśla pani Karolina.

Jest przekonana, że gdyby wyprawek nie było, wiele osób nie zawitałoby do biblioteki wcześniej niż w dniu, w którym dziecko potrzebowałoby pierwszej lektury do szkoły. – Dzieci trafiają więc do nas nawet cztery lata wcześniej, co pokazuje, jak dużą rolę odgrywa wyprawka w promowaniu rodzinnego czytania. A jeżeli rodzice już przyjdą, to my zrobimy wszystko, by przekonać ich do regularnego korzystania i przede wszystkim czytania z dziećmi – mówi z mocą.

Karton pachnących perełek

Karolina Ciemniewska próg biblioteki w Wiśle po raz pierwszy przekroczyła 12 lat temu. – Do Wisły przeprowadziłam się z Katowic, miałam wtedy 25 lat i roczne dziecko. Rok później zapisałam siebie i mojego wtedy dwuletniego syna Antka do wiślańskiej biblioteki – wspomina. Pęczniejący nowościami dział dziecięcy prowadziła wówczas Monika Śliwka. – Przez kolejne lata odbyłam z Moniką wiele rozmów o literaturze i konieczności czytania dzieciom. Pewnego dnia zapytała mnie, czy nie chciałabym zostać bibliotekarką. Nagle zdałam sobie sprawę z tego, że tak, to jest moje marzenie. W wieku 29 lat dowiedziałam, co chcę robić przez resztę mojego życia – cieszy się pani Karolina.

Po tamtym pytaniu swojej „matki chrzestnej” podjęła studia podyplomowe z bibliotekoznawstwa, zrobiła krótki kurs biblioterapii, odbyła praktyki zawodowe i przekonała się, że kocha pracę z książkami i… czytelnikami. – Ta praca opiera się na relacjach – trzeba poznać dzieci, które korzystają z biblioteki, żeby pomóc im znaleźć książki, które pokochają. Mam wspaniałych czytelników. Staram się pamiętać imiona ich wszystkich, żeby wiedzieli, że są częścią naszej czytającej społeczności. Cieszy mnie, gdy dzieci przychodzą i pytają, czy jest więcej części książek, które wypożyczyły poprzednio – opowiada.

Ona i jej koleżanki bibliotekarki mają poczucie sprawczości. – To my dokonujemy zakupów wydawniczych, wpływamy na to, co nasi czytelnicy będą mieli do wyboru. Uwielbiam tę część pracy, gdy mogę zamówić nowości wydawnicze, a potem kurier przywozi karton pełen pachnących książek. Mamy listę małych, ambitnych wydawnictw, od których z zasady chcemy mieć wszystko. To nasz wkład w ich wsparcie – zdradza. Karolina Ciemniewska nie ukrywa też tego, że niektóre książki zamawia z myślą o konkretnych czytelnikach.

W niedzielny wieczór pani Karolina nie myśli o tym, że następnego dnia nie chce jej się iść do pracy. Wręcz przeciwnie. – Pracuję z ludźmi, z którymi się lubimy. Kocham tę pracę i cieszę się, że osiem lat temu zostałam zapytana, czy nie chcę przypadkiem pracować w bibliotece. Okazało się, że bardzo chcę – kończy.

Pełną listę bibliotek biorących udział w akcji “Mała książka Wielki Człowiek” można znaleźć na stronie: Przedszkolaki – Mała książka – wielki człowiek w dziale “O projekcie”.

Jak ilustracje uczą dzieci widzieć świat i dlaczego nie każda „ładna” książka jest dobra?

Wyobraź sobie książkę o małej dziewczynce i jej przyjaciółce. Ilustracje są śliczne, pastelowe, wykonane techniką akwareli. W księgarni nieuważnie przewracasz kartki i szybko decydujesz: „Bierzemy”. Dopiero w domu orientujesz się, że coś jest nie tak.

A teraz przyjrzyjmy się tej książce bliżej. Po pierwsze, bohaterka – nazwijmy ją Kasią – w każdej scenie wygląda trochę inaczej. Raz jej oczy są duże, a raz małe. Druga bohaterka – Asia – na każdej stronie ma nieco inny kolor włosów. Czy dziewczynki wymieniają się sukienkami? Z tekstu to nie wynika, ale twój przedszkolak już trzy razy zapytał, która bohaterka jest która. Coś leży na biurku Kasi, lecz obrazek jest rozmyty – to owoc czy kanapka? Nie wiecie. I czemu Asia ma tylko cztery palce u ręki, a jej kot ogon jak u zająca?

Ilustracje to nie tylko dodatek do treści

Zacznijmy od tego, że ilustracje to nie dekoracje. W dobrej książce pełnią równie ważną rolę, co słowa. Dzieci w wieku 3-7 lat polegają na wizualnym wsparciu, by zrozumieć złożone pojęcia. Przeprowadzka, nowy braciszek, rozwód rodziców czy śmierć kogoś z rodziny – te sytuacje są dla nich bardziej lub mniej abstrakcyjne. Co innego obrazek pokazujący zmęczoną mamę, pusty fotel, nowe przedszkole. Dzięki ilustracjom kilkulatki nadążają za fabułą, rozpoznają emocje bohaterów, budują wizję świata i siebie. Badania m.in. z wykorzystaniem techniki śledzenia ruchów gałek ocznych pokazują, że dzieci uważnie analizują szczegóły, ucząc się w ten sposób języka (!), rozumienia treści i tworzenia własnych skojarzeń. Gdy ilustracja jest spójna z treścią i logicznie rozwija tekst, maluch zapamiętuje historię lepiej. Jeśli natomiast obrazek nie odpowiada treści, dziecko szybko się dezorientuje.​

Zobacz, tak wygląda świat

Ilustracje uczą dziecko, kim są ludzie w świecie. Badania dowiodły, że już w wieku 2-3 lat maluchy zaczynają zauważać i tworzyć proste stereotypy. Historia, w której tylko mama podaje obiad i tylko chłopcy grają w piłkę, może być źródłem silnych uprzedzeń. Uczy dziecko, że „dziwne” jest to, czego nie widziało w książkach. Dlatego gotujący na obrazku tata i grająca w piłkę grupa chłopców i dziewczynek rozszerzą perspektywę malca.

A co z ilustracjami generowanymi przez sztuczną inteligencję?

Rynek literatury dziecięcej zaczynają zalewać książki z ilustracjami stworzonymi przez AI. Dla wydawców to nie lada oszczędność pieniędzy i czasu, bo ceniony ilustrator będzie pracował nad książką miesiącami, a sztucznej inteligencji zajmie to parę minut. Na pierwszy rzut oka takie ilustracje będą ładne i słodkie, więc warto zdawać sobie sprawę z tego, że mimo wszystko mogą dziecku zaszkodzić.

Pierwszy potencjalny problem to brak spójności. Każda ilustracja stworzona przez AI może wyglądać inaczej, nawet gdy pokazuje tego samego bohatera. Dlaczego? Bo AI nie rozumie ciągłości wizualnej, a dzieci jej potrzebują, żeby nawiązać emocjonalną więź z postacią. Drugie zagrożenie to niezrozumienie narracji. AI nie czyta całej historii, generuje obrazy na podstawie odizolowanych promptów (wpisanych prostych poleceń). Efektem są ilustracje, które zwykle niewiele ze sobą łączy. Dzieci, szczególnie te, które jeszcze nie czytają, polegają na obrazach, by śledzić akcję. Jeśli nie są pewne, co widzą, gubią się i frustrują.

Po trzecie, systemy AI są trenowane na istniejących już pracach, co rodzi pytania etyczne o prawa autorskie. Poza tym efekty sztucznej inteligencji nierzadko kopiują stereotypy rasowe, płciowe i inne. Często zawierają błędy: rączki o zbyt wielu palcach, zwierzątka z częściami ciała innych gatunków, obiekty niemożliwe fizycznie. Te nieścisłości mogą być też dezorientujące, bo maluch dopiero poznaje otaczający go świat.​ Wreszcie po czwarte, liczy się uczciwość wydawcy. Jeśli książka zawiera ilustracje AI, rodzic powinien o tym wiedzieć. Choćby po to, by móc zachować czujność w czasach, gdy modele ciągle się uczą i popełniają błędy.

Nie tylko estetyka, czyli czym kierować się w księgarni

Wiemy już, że ładne ilustracje to niekoniecznie to samo, co dobre. Na szczęście można wyćwiczyć rozpoznawanie takich, które przyniosą dziecku korzyść. Wybierając książkę dla kilkulatka zwróć uwagę:

Spójność wizualną: postacie muszą wyglądać jednakowo od początku do końca.

Zgodność z tekstem: ilustracje powinny wyjaśniać i uzupełniać słowa, a nie tylko je powtarzać. Dobre ilustracje dodają do tekstu szczegóły, które zachęcają dziecko do głębszego patrzenia i analizowania.

Adekwatność do wieku: ilustracje stworzone dla małych dzieci powinny być jasne i uproszczone. Starsze dzieci docenią obrazy złożone i realistyczne.

Umiejętności twórcy: ilustrator powinien zrozumieć historię emocjonalnie, a nie tylko wizualnie. Bez tego jego prace mogą być piękne, ale nie współgrające z opowieścią.

„Czytam dziecku, ale ono nie słucha”. Jakie mogą być przyczyny i co robić w takiej sytuacji?

Kiedy przedszkolak nie słucha czytanej mu książki, przyczyna leży zwykle w sposobie lub czasie czytania, zbyt skomplikowanej dla niego treści albo samopoczuciu malca. To nie sygnał, by zrezygnować, tylko coś zmienić.

Co to znaczy, że „nie słucha?

W praktyce dziecięce niesłuchanie może wyglądać bardzo różnie: maluch wierci się, bawi się klockami, przerywa, ucieka od książki wzrokiem, wstaje i spaceruje po pokoju albo po chwili nic już nie pamięta. W badaniach nad uwagą u przedszkolaków podkreśla się, że ich zdolność do długiego skupienia jest dopiero w budowie, a krótkie epizody rozproszenia to norma, nawet jeśli czytana historia malca interesuje. W wielu opracowaniach dla rodziców i specjalistów podaje się, że przeciętny czas uwagi to 2-3 minuty razy wiek, pod warunkiem że aktywność jest wciągająca, nie ma zbyt wielu rozpraszaczy, a dorosły angażuje dziecko w słuchanie. Zgodnie z tym wzorem trzylatek najpewniej straci zainteresowanie lekturą po 6-9 minutach, czterolatek po 8-12, a pięciolatek – 10-15 minutach. Sześciolatek może już słuchać skupiony do 18 minut, co nie znaczy, że będzie siedział cicho i sztywno jak trusia.

Kiedy skupienie przedszkolaka na książce może być wyzwaniem

Typowa sytuacja z życia przedszkolaka: rodzic sadza dziecko po całym dniu w placówce na kanapie, bierze do ręki książkę i zaczyna czytać. Po dwóch stronach maluch zeskakuje na podłogę, biegnie do kuchni, zaczepia kota. Rodzic się frustruje i zastanawia, dlaczego inne dzieci potrafią się skoncentrować na opowieści, a jego kilkulatek nie może wysiedzieć?

Po pierwsze, właśnie w taki sposób słucha wiele dzieci. Kolejny przykład z życia: rodzic czyta pięciolatkowi, który w tym czasie buduje z klocków. Gdy dorosły przerywa i pyta, co się przytrafiło bohaterowi, dziecko bezbłędnie odpowiada, choć wydawało się, że jest całkiem nieobecne. U części dzieci zajęcie rąk prostą, powtarzalną czynnością, np. rysowaniem, pomaga w utrzymaniu uwagi, zaś strofowanie dziecka, że nie siedzi spokojnie może popsuć atmosferę podczas czytania. Po drugie, nawet u kilkulatka, który wydaje się daleki od skupienia, słuchanie płynącej w tle historii uruchamia obszary mózgu odpowiedzialne za język, regulację emocji i wyobraźnię. Działa to najlepiej, gdy rodzic czyta w sposób angażujący, bo monotonna lektura bez interakcji z dzieckiem łatwo przeciąża jego system uwagi.

Dziecko może odpływać podczas lektury też z innych powodów, na przykład, gdy książka jest dla niego za trudna, czuje się zmęczone, zestresowane albo głodne. Notoryczne silne rozproszenie podczas lektury może też – ale nie musi – znamionować zaburzenia indywidualne: nadwrażliwość na bodźce, opóźniony rozwój mowy (ORM), trudności z przetwarzaniem słuchowym (APD) lub nadpobudliwość psychoruchową z deficytem uwagi (ADHD).

Praktyczne wskazówki dla rodziców

Badania nad wspólnym czytaniem pokazują, że najwięcej korzystają dzieci, których rodzice czytają im krótko – po kilka minut dziennie – ale regularnie i w sposób dialogowy: zadają pytania i nawiązują do doświadczeń malucha. Lepsze będzie więc pięć minut zaangażowanego czytania niż zmuszanie dziecka do słuchania w spokoju 20 minut. Pozwól dziecku na ruch w czasie czytania, spacerowanie, zabawę rękami, układanie klocków lub puzzli, bazgranie na kartce, a czytając równocześnie rozmawiaj z nim o treści. Jeśli to nie pomoże, zmień miejsce i/lub porę czytania – może dziecko lepiej niż przed snem skupi się podczas przekąski i w innym pokoju niż telewizyjny. Pozwól też malcowi samodzielnie wybrać, co przeczytacie. Dzieci chętniej angażują się w książki, które same wybrały, nawet jeśli dorosłym wydają się one mniej ambitne.

Jeśli masz poczucie, że mimo zmian dziecko prawie nic nie rozumie, często prosi o powtórzenie, gubi proste instrukcje i ma trudność ze zrozumieniem mowy w hałasie, warto skonsultować się z psychologiem lub logopedą. Wczesna diagnoza pozwoli dobrać strategie (np. krótsze komunikaty, więcej wsparcia wizualnego), które ułatwią zarówno codzienną komunikację, jak i wspólne czytanie.​

Spokój rodzica może wiele

Eksperci od wychowania zauważają, że ton głosu, oczekiwania i emocje dorosłego mocno wpływają na to, czy dziecko będzie kojarzyło czytanie z przyjemnością, czy z presją. Zamiast powtarzać Nigdy mnie nie słuchasz” albo Po co ja ci w ogóle czytam?”, powiedz raczej: Widzę, że dziś jesteś zmęczony, przeczytamy tylko jedną krótką historyjkę, ok?” albo Dziś możesz się bawić klockami, a ja będę czytać obok”.​