
Rozmowa z Martą Kopyt, autorką i ilustratorką książki „Rita i koń”. O koniu, który mieszkał w salonie, łączeniu sztuki i matematyki oraz radości z dotarcia do dziesiątek tysięcy przedszkolaków w Polsce.
Pewnego dnia do drzwi mieszkania małej Rity puka koń. Czemu właśnie on?
W 2011 roku ukończyłam studia na warszawskiej ASP. Moją pracą dyplomową był happening: naturalnej wielkości sztuczny koń bił rekord prędkości na sto metrów na torze wyścigów konnych na Służewcu. Po tym wydarzeniu został mi dyplom z wyróżnieniem oraz … właśnie ten koń. Zamieszkał ze mną, przez wiele lat zajmował nawet salon! Opowiadałam więc swoim dzieciom różne historie z koniem w roli głównej – na przykład jak nagle ożywa i zabiera je na przejażdżkę – ale też mocno związane z prawdziwymi wydarzeniami w naszej rodzinie. W bajkę o koniu łatwo można wpleść różne tematy z życia wzięte i jakoś po latach stał się oczywistym bohaterem książki „Rita i koń”. Jako że moje dzieci już wyrosły z okresu przedszkolnego, główna bohaterka jest inspirowana córką mojej przyjaciółki.
Bardzo polubiłam Ritę, która wiele rzeczy robi po swojemu: np. sama wybiera ubrania i uczy konia zasad. Jaką bohaterkę chciała Pani stworzyć?
Samodzielną, ale też zależało mi na pokazaniu jej relacji z rodzicami. Rita ma zapewnioną dużą dozę autonomii, rodzice są z boku, nie wtrącają się w jej wybory ubraniowe czy zabawy. Jednocześnie są obecni i służą jej wszelkim wsparciem, gdy tylko go potrzebuje. Np. mama Rity, prawniczka, czyta z dyrektorką przedszkola regulamin placówki, w którym nie ma nic na temat zakazu wprowadzenia tam koni.
Mamy zatem konia, który potrafi mówić i idzie z Ritą do jej przedszkola, czyli świat abstrakcyjny. Obok tego jest świat realny: zwykła placówka dla dzieci, plac zabaw „Szczurki” i osiedlowe życie. Czy miejsca z książki istnieją naprawdę?
Sceneria „Rity i konia” to totalne połączenie rzeczywistości i fikcji. Ogólny plan i rozmieszczenie budynków układałam sobie w głowie na bazie osiedla, na którym kiedyś mieszkałam. Rozkład mieszkania Rity też pochodzi z tamtych czasów. Przedszkole i szatnie to połączenie placówek moich dzieci. Plac zabaw „Szczurki” jest prawdziwym placem zabaw moich kuzyneczek, które chodzą tam zawsze po przedszkolu. Dziewczynki opowiedziały mi, na której platformie zwykle jedzą przekąski, dostałam od ich mamy zdjęcia sprzętów i na tej bazie zrobiłam rysunki do książki. Zależało mi na pokazaniu przestrzeni znanych dzieciom, w których większość z nich przebywa na co dzień. Dlatego na miejsce akcji wybrałam zwykłe przedszkole, plac zabaw i boisko.
Dorośli w książce – rodzice, panie przedszkolanki – sporo negocjują z koniem. Co chciała Pani powiedzieć o ich granicach i elastyczności w kontakcie z dziećmi?
Chciałam zasugerować, że przy dobrej woli dorosłych można rozwiązać wiele naturalnie pojawiających się problemów. Lubię, gdy dorośli, zamiast narzucać swoje rozwiązania jako najlepsze, starają się być elastyczni i zapraszają do współudziału osoby, które samodzielnie często nie mają możliwości czegoś zrobić. To umożliwia wspólne działanie i przeżywanie.
To dlatego w książce pojawia się dużo bałaganu, śmiechu i pomyłek?
Myślę, że dzieciom należy pokazywać nieidealne sytuacje. Życie składa się z serii różnych zdarzeń, nie tylko takich, gdzie od razu wszystko się udaje. Śmiech może być dobrym lekarstwem na wpadki i warto z tego narzędzia korzystać.
W pewnym momencie Rita się złości, czuje się pominięta, np. przy czesaniu konia. Jak pracowała Pani nad przedstawieniem dziecięcych emocji, by były prawdziwe, ale też bezpieczne dla małych czytelników?
To akurat był pomysł mojej wydawczyni, żeby pokazać również rodzaj kłótni, trudnych, nieprzyjemnych emocji. W pracy z dziećmi czasem miewam sytuacje, gdy ktoś lub ktosia wymyśla zabawę i inni mają się bawić dokładnie tak, jak ta osoba chce. Różnie się to może potoczyć, w zależności od kompetencji społecznych dzieci. Ricie jest w tamtym momencie trudno, ale radzi sobie z sytuacją na swój sposób.
Mój przyjaciel zawsze powtarza, że „każda dobra zabawa kończy się płaczem” i chyba coś w tym jest. Wracając do pani, jest pani również popularyzatorką matematyki. Czy matematyka wpływa na pani twórczość jako artystki?
Robię projekty książkowe, w których łączę matematykę i ilustracje, piszę też artykuły do czasopisma „Kosmos dla dziewczynek”, a moja rubryka jest właśnie o matematyce. Aktualnie robię doktorat i zajmuję się konceptem sztuki matematycznej, więc rozkminiam ten temat na bardzo teoretycznym poziomie! Można więc powiedzieć, że tak, matematyka wpływa na mnie dosyć mocno (śmiech).
Książka „Rita i koń” ma ogromny nakład. Toaż 70 tysięcy egzemplarzy dystrybuwanych w ramach programu „Mała książka – wielki człowiek”. Jak odbiera Pani fakt, że ta historia trafi do tak szerokiego grona małych i dużych czytelników?
Nawet nie wiem, jak to opisać. Jest to rodzaj wzruszenia czy wdzięczności, że dzięki tej akcji moja książka może dotrzeć do niemal każdego przedszkolaka w Polsce. Tworzenie sztuki dostępnej dla każdego, niezależnie od miejsca zamieszkania, wieku czy wykształcenia, bardzo mi się podoba, ale bardzo trudno jest taki cel osiągnąć. A dzięki promocji i pomysłowi tej kampanii to się właśnie dzieje!
Czy planuje Pani kolejne historie o Ricie, na przykład o tym, jak wygląda „końskie przedszkole”, do którego dziewczynka chce pojechać następnego dnia?
Tak! Mój umysł działa tak, że cały czas coś wymyślam. Kiedy więc moja wydawczyni z Muchomora spytała, co bym powiedziała na drugą część… Trybiki już się kręcą.
Marta Kopyt. Artystka, wymyślaczka, społeczniczka, popularyzatorka matematyki, inicjatorka programów artystyczno-edukacyjnych. Autorka książek: „Rita i koń”, „Gdzie dzisiaj śpimy?”, „Legendy wiślane”, „Punkt wyjścia. Wytwórnik geometryczny”. W „Kosmosie dla dziewczynek” redaguje i wymyśla matematyczny dział “Księżniczka Lilavati”.