Jak opowiadać bajki?

Dawno, dawno temu, w jednym z polskich miast, pewien pan pracował w jakiejś firmie. Każdego dnia rano przychodził do biura, siadał za biurkiem i po mniej więcej 8 godzinach wracał do swojego domu. I tak upływały dni, tygodnie, miesiące i lata. Któregoś razu postanowił coś zmienić. Nie, nie udał się do wyroczni po wróżbę, tylko przeanalizował, co sprawia mu w życiu największą radość. I w taki sposób porzucił swe dotychczasowe zajęcie, zaczął podróżować po kraju i opowiadać bajki.

Mateusz Świstak, autor bloga basnienawarsztacie.pl, z wykształcenia polonista, nazywa siebie opowiadaczem. Z opowiadania dzieciom i dorosłym bajek i baśni uczynił narzędzie edukacyjne, które cieszy się popularnością wśród instytucji kultury, szkół i przedszkoli. Spotkania, warsztaty, a nawet autorskie bajki wykorzystuje do promocji czytania dzieciom w każdym wieku. Swoją wiedzą praktyczną postanowił podzielić się z nami.

Czym są Baśnie na warsztacie?

Najkrócej – to wszystko to, czym się zajmuję. Biorę baśnie na warsztat, otwieram maskę i zaczynam im grzebać w silniku, żeby zobaczyć, jak działają. A tak na poważnie Baśnie na warsztacie to zbiorcza nazwa prawie wszystkiego, czym się zajmuję. Przede wszystkim to spotkania z opowieściami. Dla dzieci, młodzieży i dorosłych. To zajęcia dla nauczycieli o tym, jak opowiadać i jak korzystać ze storytellingu w pracy. To także cykliczne spotkania dotyczące podróży, literatury dla dzieci i starych przedmiotów. Sztuka opowieści to narzędzie tak pojemne, że trudno wymieniać wszystkie tematy, w które się dzięki niej zagłębiałem. To gry miejskie, teatr lalek, a ostatnio także konstruowanie opowieści dla parków rozrywki. To także blog basnienawarsztacie.pl, gdzie publikuję artykuły na temat tego, w jaki sposób można odczytywać dziś baśnie, pokazuję ciekawych ilustratorów dawnych i współczesnych, piszę o swoich doświadczeniach z opowiadania i dzielę się tytułami wartościowych, moim zdaniem, książek. Do tego jest jeszcze Instagram, którego królową jest baśnionawarsztatowa świnka, bohaterka, która od kilku lat towarzyszy mi w tej przygodzie.

Skąd wziął się pomysł na taką ścieżkę zawodową?

Pracowałem kiedyś za biurkiem i nie znosiłem tej pracy. Pewnego dnia zrobiłem sobie listę rzeczy, które potrafię robić, które chciałbym robić i których na pewno nie chciałbym robić (to jest coś, o czym ludzie czasem zapominają – to, że jesteś w czymś dobrym, nie znaczy, że cię to nie zabija). Wyszło, że zdecydowanie nie chciałbym dłużej siedzieć za biurkiem, że potrafię opowiadać, mam niezłe podejście do dzieci, całkiem dobrze radzę sobie z wystąpieniami publicznymi i nieźle rysuję. Do tego mam lekkie pióro i wiem co nieco o symbolice słów. Opowiadanie baśni było więc całkiem naturalnym wyborem. Nadarzyła się okazja, żeby wypróbować swoje umiejętności na dzieciach i okazało się, że jestem w tym całkiem dobry. Odpaliłem też bloga, który szybko zebrał pierwszych fanów i tak to się zaczęło kręcić. A potem mały pomysł zajęć dla dzieci zaczął pęcznieć i rosnąć jak drzewko, więc patrzyłem tylko, jakie nowe gałęzie się pojawiają, co jest fascynujące, bo każda nowa gałąź to nowe wyzwanie.

Jakie jest największe wyzwanie w pana pracy?

W opowiadaniu – mówić tak, żeby słuchacz, niezależnie od wieku, chciał słuchać dalej. Żeby absorbować nie tylko samą historią, ale sposobem, w jaki ona jest przekazywana. To o tyle trudne, że dzieciaki są coraz bardziej rozkojarzone i trudno do nich dotrzeć samym tylko słowem. Drugim wielkim wyzwaniem jest zachowanie świeżości. Przy kilkunastu spotkaniach w miesiącu czasem samemu można wpaść w pułapkę przegadania. Słowa wtedy powszednieją i gubią swoje znaczenia. A przecież znaczenie to coś, co w opowiadaniu historii jest najważniejsze. W takich chwilach pomaga myśl, że moi słuchacze słyszą mnie po raz pierwszy, więc dla nich to musi mieć znaczenie. Łatwiej się wtedy sprężyć.

Jakie książki dla dzieci cieszą się niesłabnącym powodzeniem?

To pytanie „dlaczego klasyka staje się klasyką?”. To ja podnoszę ręce i się poddaję. Nie wiem, jestem tylko opowiadaczem o bardzo małym rozumku. Jeśli jednak miałbym coś w tym temacie wyprodukować, to myślę, że klasyką zostają te książki, które trafiają do rdzenia wyobraźni. Nie te, które są zabawne, nie te, które mówią o ważnych społecznie sprawach, a te, które chwytają naszą fantazję jak mokrą ścierkę za rogi i wyżymają ją do ostatka.

Te, które opowiadają o człowieczeństwie u jego podstaw. Flagowym przykładem tego jest Mały książę. To w gruncie rzeczy bardzo prosta bajeczka, ale raz przeczytana nawet w dzieciństwie rezonuje, stając się opowieścią, która buduje wrażliwość wielu nastolatków. Taką moc ma Piotruś Pan, taką moc ma Momo i Niekończąca się historia, tacy są Bracia Lwie Serce i takie są Muminki. Taka jest Mary Poppins i chyba moja ulubiona książka, czyli Wodnikowe Wzgórze i wreszcie taka jest większość klasycznych baśni. Są też książki, które po prostu zostały tak dobrze napisane, że choć nie poruszają człowieka dogłębnie, zachwycają proponowanym językiem i obrazem. Dla mnie najlepszym przykładem jest tutaj Alicja w Krainie Czarów. Co ciekawe, choć wszyscy znają Alicję, liczba osób, które faktycznie ją przeczytały jest niewspółmiernie mniejsza.

Dlaczego warto czytać dziecku już od chwili narodzin?

Ostatnie pięć lat pracy pokazało mi jedno: słowa mają moc. Nie są może najłatwiejszym z narzędzi, jakimi jako rodzice i nauczyciele dysponujemy, ale potrafią dokonać największej zmiany w człowieku. Obrazy są łatwe do przełknięcia, ale bez interpretacji nic nie znaczą, rytm bez interpretacji to tylko równomierne postukiwanie i gibanie się. Słowa są trudne, a ich zrozumienie to częstokroć dla dziecka wyzwanie. Dziś stawiamy na obraz, zapominając o jego znaczeniu, a to bardzo niebezpieczne. Poza tym słowo to kontakt. Często tak intymny jak przytulenie się. Kiedy rodzic poświęca dziecku czas, żeby po prostu z nim pobyć i porozmawiać, to często jest to o wiele ważniejsze dla dziecka niż niejeden prezent. Czytanie jest formą takiego kontaktu. Kiedy więc zaczynamy od najmłodszych lat, nawet jeśli dziecko nie ma zielonego pojęcia co znaczą słowa, obdarzamy je naszym czasem i uwagą.

Jestem wielkim fanem niekonkretności słowa. Literatura piękna ma to do siebie, że nie musi uczyć. Nie musi mieć morału, nie musi mówić o tym, że jak włożymy palec do kontaktu, to popieści nas prąd (to można zrobić zwykłym poleceniem). Literatura piękna ciągnie ducha wzwyż, uczy marzyć, uczy współczuć, uczy patrzeć dalej niż widać. A to jest umiejętność, którą bardzo trudno zmierzyć.

Czy bajki są tylko dla dzieci?

To zależy od bajki. Niektóre owszem. Są tworzone z myślą o dzieciach i na tym ich rola się kończy. Jeśli jednak mówimy o klasycznych baśniowych opowieściach, wtedy sprawy mają się zupełnie inaczej. Pamiętajmy, że dawniej baśnie i mity były przeznaczone dla dorosłych. Treści w nich zawarte były tak złożone, że dziecko nie byłoby w stanie ich wychwycić. Z drugiej strony, kiedy dziecko słuchało wraz z dorosłymi serwowanych przy ogniu czy darciu pierza opowieści, nasiąkało prawdami istotnymi w danej społeczności, które zamieszkiwały w danej opowieści. Dziś gdzieś się to rozmywa, bo jesteśmy częścią innej kultury. Czy to znaczy, że te opowieści stają się nieważne? Nie do końca. Część z nich na pewno przestaje mieć znaczenie. Ale inne wciąż opowiadają o nas jako istotach ludzkich i jeśli podejdziemy do nich z należytą pokorą i dostatecznie szeroko otwartymi oczami, może się okazać, że dalej mieszka w nich wiele mądrości. Tak też jest z klasyką literatury dziecięcej.

Jeżeli zainteresował cię wątek literatury dla dzieci, zobacz też tutaj wywiad z prof. Grzegorzem Leszczyńskim.

Jak (nie) czytać dziecku?
Pomysły na zabawę z książką, cz. 3