Koń w przedszkolu, jaki jest, każdy widzi

Rozmowa z Martą Kopyt, autorką i ilustratorką książki „Rita i koń. O koniu, który mieszkał w salonie, łączeniu sztuki i matematyki oraz radości z dotarcia do dziesiątek tysięcy przedszkolaków w Polsce.

Pewnego dnia do drzwi mieszkania małej Rity puka koń. Czemu właśnie on?

W 2011 roku ukończyłam studia na warszawskiej ASP. Moją pracą dyplomową był happening: naturalnej wielkości sztuczny koń bił rekord prędkości na sto metrów na torze wyścigów konnych na Służewcu. Po tym wydarzeniu został mi dyplom z wyróżnieniem oraz … właśnie ten koń. Zamieszkał ze mną, przez wiele lat zajmował nawet salon! Opowiadałam więc swoim dzieciom różne historie z koniem w roli głównej – na przykład jak nagle ożywa i zabiera je na przejażdżkę – ale też mocno związane z prawdziwymi wydarzeniami w naszej rodzinie. W bajkę o koniu łatwo można wpleść różne tematy z życia wzięte i jakoś po latach stał się oczywistym bohaterem książki „Rita i koń”. Jako że moje dzieci już wyrosły z okresu przedszkolnego, główna bohaterka jest inspirowana córką mojej przyjaciółki.

Bardzo polubiłam Ritę, która wiele rzeczy robi po swojemu: np. sama wybiera ubrania i uczy konia zasad. Jaką bohaterkę chciała Pani stworzyć?

Samodzielną, ale też zależało mi na pokazaniu jej relacji z rodzicami. Rita ma zapewnioną dużą dozę autonomii, rodzice są z boku, nie wtrącają się w jej wybory ubraniowe czy zabawy. Jednocześnie są obecni i służą jej wszelkim wsparciem, gdy tylko go potrzebuje. Np. mama Rity, prawniczka, czyta z dyrektorką przedszkola regulamin placówki, w którym nie ma nic na temat zakazu wprowadzenia tam koni.

Mamy zatem konia, który potrafi mówić i idzie z Ritą do jej przedszkola, czyli świat abstrakcyjny. Obok tego jest świat realny: zwykła placówka dla dzieci, plac zabaw „Szczurki” i osiedlowe życie. Czy miejsca z książki istnieją naprawdę?

Sceneria „Rity i konia” to totalne połączenie rzeczywistości i fikcji. Ogólny plan i rozmieszczenie budynków układałam sobie w głowie na bazie osiedla, na którym kiedyś mieszkałam. Rozkład mieszkania Rity też pochodzi z tamtych czasów. Przedszkole i szatnie to połączenie placówek moich dzieci. Plac zabaw „Szczurki” jest prawdziwym placem zabaw moich kuzyneczek, które chodzą tam zawsze po przedszkolu. Dziewczynki opowiedziały mi, na której platformie zwykle jedzą przekąski, dostałam od ich mamy zdjęcia sprzętów i na tej bazie zrobiłam rysunki do książki. Zależało mi na pokazaniu przestrzeni znanych dzieciom, w których większość z nich przebywa na co dzień. Dlatego na miejsce akcji wybrałam zwykłe przedszkole, plac zabaw i boisko.

Dorośli w książce – rodzice, panie przedszkolanki – sporo negocjują z koniem. Co chciała Pani powiedzieć o ich granicach i elastyczności w kontakcie z dziećmi?

Chciałam zasugerować, że przy dobrej woli dorosłych można rozwiązać wiele naturalnie pojawiających się problemów. Lubię, gdy dorośli, zamiast narzucać swoje rozwiązania jako najlepsze, starają się być elastyczni i zapraszają do współudziału osoby, które samodzielnie często nie mają możliwości czegoś zrobić. To umożliwia wspólne działanie i przeżywanie.

To dlatego w książce pojawia się dużo bałaganu, śmiechu i pomyłek?

Myślę, że dzieciom należy pokazywać nieidealne sytuacje. Życie składa się z serii różnych zdarzeń, nie tylko takich, gdzie od razu wszystko się udaje. Śmiech może być dobrym lekarstwem na wpadki i warto z tego narzędzia korzystać.

W pewnym momencie Rita się złości, czuje się pominięta, np. przy czesaniu konia. Jak pracowała Pani nad przedstawieniem dziecięcych emocji, by były prawdziwe, ale też bezpieczne dla małych czytelników?

To akurat był pomysł mojej wydawczyni, żeby pokazać również rodzaj kłótni, trudnych, nieprzyjemnych emocji. W pracy z dziećmi czasem miewam sytuacje, gdy ktoś lub ktosia wymyśla zabawę i inni mają się bawić dokładnie tak, jak ta osoba chce. Różnie się to może potoczyć, w zależności od kompetencji społecznych dzieci. Ricie jest w tamtym momencie trudno, ale radzi sobie z sytuacją na swój sposób.

Mój przyjaciel zawsze powtarza, że „każda dobra zabawa kończy się płaczem” i chyba coś w tym jest. Wracając do pani, jest pani również popularyzatorką matematyki. Czy matematyka wpływa na pani twórczość jako artystki?

Robię projekty książkowe, w których łączę matematykę i ilustracje, piszę też artykuły do czasopisma „Kosmos dla dziewczynek”, a moja rubryka jest właśnie o matematyce. Aktualnie robię doktorat i zajmuję się konceptem sztuki matematycznej, więc rozkminiam ten temat na bardzo teoretycznym poziomie! Można więc powiedzieć, że tak, matematyka wpływa na mnie dosyć mocno (śmiech).

Książka „Rita i koń” ma ogromny nakład. Toaż 70 tysięcy egzemplarzy dystrybuwanych w ramach programu „Mała książka – wielki człowiek”. Jak odbiera Pani fakt, że ta historia trafi do tak szerokiego grona małych i dużych czytelników?

Nawet nie wiem, jak to opisać. Jest to rodzaj wzruszenia czy wdzięczności, że dzięki tej akcji moja książka może dotrzeć do niemal każdego przedszkolaka w Polsce. Tworzenie sztuki dostępnej dla każdego, niezależnie od miejsca zamieszkania, wieku czy wykształcenia, bardzo mi się podoba, ale bardzo trudno jest taki cel osiągnąć. A dzięki promocji i pomysłowi tej kampanii to się właśnie dzieje!

Czy planuje Pani kolejne historie o Ricie, na przykład o tym, jak wygląda „końskie przedszkole”, do którego dziewczynka chce pojechać następnego dnia?

Tak! Mój umysł działa tak, że cały czas coś wymyślam. Kiedy więc moja wydawczyni z Muchomora spytała, co bym powiedziała na drugą część… Trybiki już się kręcą.

Marta Kopyt. Artystka, wymyślaczka, społeczniczka, popularyzatorka matematyki, inicjatorka programów artystyczno-edukacyjnych. Autorka książek: „Rita i koń”, „Gdzie dzisiaj śpimy?”, „Legendy wiślane”, „Punkt wyjścia. Wytwórnik geometryczny”. W „Kosmosie dla dziewczynek” redaguje i wymyśla matematyczny dział “Księżniczka Lilavati”. 

Maria Dek: Nie lubię robić książek, które uczą

– Pracując nad tą książką najmniejszą sympatią darzyłam Żwawą Kozę. Na końcu okazało się, że sama nią jestem – śmieje się Maria Dek, autorka i ilustratorka „Przywitania lata.

Jak narodził się pomysł „Przywitania lata”?

Pomysł na książkę o różnorodności – bo o tym jest „Przywitanie lata” – miałam w głowie od dawna. Wtedy też powstały postaci do książki, czyli 14 zwierząt. Każde z nich reprezentuje inną cechę charakteru, a bohaterowie występują w parach i są swoimi przeciwieństwami. Chciałam pobawić się tym, że każdy z nas jest inny, ale to wspaniałe, bo dzięki temu świat jest różnorodny. Chciałam też pokazać, że każda cecha ma swoje blaski i cienie, więc zwierzęta mają z czymś trudności, a z czymś jest im łatwiej. Bohaterów spaja postać Lata. Ono im uświadamia, że można współdziałać i wtedy wydarzają się piękne rzeczy.

Ekipa mieszkańców Małego Lasu jest wyjątkowo różnorodna – od Ostrożnej Tygrysicy Tereski przez Spontaniczną Gąsienicę Różę po Wszystkowiedzącą Mysz Teodorę. Kto jest zwierzęcym alter ego Marii Dek? I czy postacie są całkiem zmyślone, czy może mają swoje ludzkie odpowiedniki?

Miałam dużo zabawy przy wymyślaniu tych bohaterów i starałam się zrobić to tak, żeby nie były to typowe skojarzenia typu: niebezpieczny krokodyl, groźna tygrysica, głodny niedźwiedź. Cechy dobierałam raczej na przekór, by było lekko i śmiesznie. Gdy postacie powstawały, nie miałam bezpośrednich skojarzeń z konkretnymi osobami, ale kiedy już były gotowe i zaczęłam opowiadać o nich bliskim, okazało się, że każdy z nich jednak występuje w tej książce (śmiech). Wiem, że czytelnicy też bawią się postaciami – przypasowują je do swoich znajomych i rodziny. Jest to bardzo wesołe i niezwykle miłe.

Jeśli chodzi o moje alter ego, to pracując nad książką najmniejszą sympatią darzyłam Żwawą Kozę. Po czym na końcu okazało się, że sama nią jestem, bo żwawość i cechy ADHD są mi bardzo bliskie (śmiech). Żwawa Koza jest ciągle zagoniona, ma dużo na głowie, sama sobie pewnie dużo na nią bierze – zupełnie tak jak ja. Dlatego już na pierwszej rozkładówce, gdzie widzimy domki wszystkich postaci, przy jej domku narysowałam trampolinę, na której skaczą dwa koźlątka. To są moi synkowie: Tytus i Julek.

To urocze! Czego twoi bohaterowie mogą nauczyć dzieci?

Nie lubię robić książek, które uczą. Wolę, by zapraszały do własnej refleksji i pomysłów. Staram się, aby moje książki i ilustracje wywoływały emocje, rozpalały jakiś ogień. No i oczywiście by wyzwalały śmiech, im więcej, tym lepiej. Metodą skojarzeń i refleksji chcę docierać do dziecięcej wyobraźni i wrażliwości. Jeśli dziecko weźmie sobie z książki jakąś „naukę”, to wspaniale. Na pewno bliskie jest mi piękno różnorodności oraz to, co robię podświadomie w każdej książce i nie mogę przestać – bliskość natury i to, jakim wspaniałym doświadczeniem jest obcowanie z nią. Chciałabym bardzo, żeby dzieci czytając moje książki złapały przyrodniczego bakcyla, a najlepiej rzuciły je w kąt i poszły na spacer.

Przywitanie lata” trafi do wielu domów. Jakie to uczucie?

Jest mi niezmiernie miło, że „Przywitanie lata” wygrało konkurs Instytutu Książki i że faktycznie trafi do wielu, wielu, wielu dzieciaków. W Polsce takiego nakładu książki jeszcze nie miałam. Cudowne jest dla mnie też to, że odbiorcami są polskie dzieci, z którymi mogę osobiście się spotykać. Włożyłam w tę książkę całe serce, chcąc im pokazać, że świat literatury może być szaloną furtka do przygód, radości i wyobraźni. Chciałabym też bardzo zaprosić dorosłych do wspólnego spędzania czasu z dziećmi i odkrywania, że książka to nie tylko siedzenie razem na kanapie, ale też różne aktywności dookoła. Na końcu „Przywitania lata” jest kod QR – prowadzi do podstrony, na której są propozycje wspólnych zabaw. To jest niezwykły zaszczyt móc dotrzeć do takiej dużej liczby czytelników. Mam nadzieję, że sprostałam zadaniu i każdy się uśmiechnie. Albo chociaż co drugi.

A czy docierają do ciebie głosy, jak dzieci odbierają tę książkę?

Wiem już, że wchodzą z „Przywitaniem lata” w świat zabawy. Mówią na przykład: „Aaa, Głośny Królik Helmut jest jak mój kolega Staś, więc nazwijmy go Głośnym Królikiem Stasiem”. Albo „Nieśmiały Krokodyl Ambroży to tak naprawdę Dziadek Witek” itd. Cudownie, że książka staje się dla dzieci odniesieniem do ich prawdziwego życia. Słyszałam też, że ilustracje są dość poruszające dla odbiorców. Czuję się naprawdę spełniona.

Pamiętasz swoje ulubione książki z dzieciństwa? Jakie lektury cię ukształtowały?

Z przedszkola pamiętam Pafnucego, a poza tym… niewiele więcej. Rodzice nie bardzo mi czytali, więc to przewrotne, że dziś zajmuję się książkami. Już w szkole czytałam dużo sama, a najbardziej ukochałam „Muminki”. Były jedną z moich pierwszych samodzielnych lektur i wielokrotnie do nich wracałam. Kochałam, kocham i kochać będę też „Pchłę Szachrajkę” Jana Brzechwy. Czytała mi ją moja siostra. „Pchła” nie miała ilustracji. W ogóle ze światem ilustracji zetknęłam się dopiero w dorosłym życiu, gdy postanowiłam, że będę ilustratorką. Może właśnie dzięki temu jakoś inaczej na to patrzę? Na pewno to dosyć śmieszne uczucie, bo większość ilustratorów i ilustratorek marzyła o tym od dziecka, a ja bardzo długo nie lubiłam rysować. Polubiłam to dopiero po dwudziestym roku życia.

Powiedz proszę na koniec, czy możemy liczyć na kolejne pory roku z tymi samymi bohaterami i ich nowymi przygodami?

Jeszcze o tym nie myślałam. Na pewno są to postaci, które bardzo lubię i z przyjemnością je malowałam. Nie mówię „nie”, ale póki co w moim kalendarzu jest zaplanowanych trochę innych książek, więc zobaczymy. Nie zapomnę o nich, bo długo byli ze mną, najpierw w szufladzie, a potem w druku. Może będą witać inne pory roku, może robić zupełnie coś innego, a może użyję tylko kilku postaci do kolejnej części. Wszystkie opcje są otwarte i jeszcze nieznane.

Maria Dek. Rocznik 1989. Ilustratorka i autorka, absolwentka University of the Arts London oraz Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Mieszka w Puszczy Białowieskiej. Jej książki zostały wydane w wielu językach: po polsku, angielsku, włosku, francusku, hiszpańsku i koreańsku.

Anna Karcz, psycholog dziecięcy: To książki o różnicach, relacjach i drugich szansach

O tym, co wartościowego jest w trzech nowych książkach, które w ramach akcji „Mała książka – wielki człowiek” przedszkolaki mogą otrzymać na własność w bibliotekach, mówi Anna Karcza, psycholog dziecięcy i autorka bloga emocjedziecka.pl.

Bobuś, Martyna Skibińska, il. Jacek Ambrożewskim, Wydawnictwo Dwie Siostry

„Bobuś” to ciepła, zabawna opowieść o tym, że nawet najbardziej szalony wynalazek nie zastąpi… dobrej relacji. Lucio i Babcia wspólnie tworzą robota, ale tak naprawdę tworzą wspomnienie bliskości, współpracy i bycia razem.

Bardzo lubię w tej historii to, że pokazuje sprawczość dziecka. Lucio próbuje, myśli, wpada na pomysły, a Babcia traktuje go serio i to wspaniale buduje jego poczucie kompetencji. Sam Bobuś jest tu świetną metaforą uczenia się: czasem coś mu nie wychodzi, czasem robi bałagan, ale z każdej sytuacji wynika coś dobrego.

Czytanie „Bobusia” daje dużo radości, a po lekturze można zostać z ważną myślą: technologia może być pomocna, ale to relacje i bycie razem są najcenniejsze. Polecam do wspólnego czytania i rozmów o emocjach, bliskości i… życiowej kreatywności.

Przywitanie lata, Maria Dek, Wydawnictwo Bernardinum

To pełna humoru opowieść o tym, że każdy z nas jest inny ktoś głośny, ktoś cichy, ktoś zestresowany, ktoś spontaniczny i że wszystkie te różne postacie mogą w końcu stworzyć coś wspólnego. Zwierzątka z Małego Lasu robią wokół siebie totalny chaos, ale to właśnie ten bałagan staje się początkiem rozmowy o współpracy, uważności i tym, jak ważne jest słuchanie siebie nawzajem.

Tytułowe Lato nie ocenia, tylko przychodzi z uśmiechem i daje im drugą szansę a dzieci dostają piękny przykład, że można zaczynać od nowa i że razem wszystko idzie po prostu lepiej. Warto sięgnąć po tę książkę, bo stać się może początkiem wielu wartościowych rozmów o różnicach i budowaniu relacji.

Rita i koń, Mart Kopyt, Wydawnictwo Muchomor

„Rita i koń” to historia o  wyobraźni i o tym, jak bardzo przedszkolaki potrzebują towarzysza do odkrywania świata. Książka świetnie pokazuje, jak dziecko uczy się relacji „w działaniu”: Rita tłumaczy koniowi zasady, uczy go liczyć, dba o niego, a jednocześnie sama doświadcza frustracji, radości, dumy i… poczucia chaosu. To bardzo bliskie temu, co dzieci przeżywają na co dzień.

Najpiękniejsze jest jednak to, że relacja Rity z koniem daje dziewczynce poczucie sprawczości, kompetencji i ważności a jednocześnie zostawia dużo miejsca na humor i czułość. To książka, która wzmacnia dziecięcą kreatywność, pokazuje świat bez nadęcia i przypomina, że bycie razem jest po prostu fajne.

„Patrząc na popularność „Bobusia”, to może się okazać, że kto nie wziął go od razu, nie będzie miał go wcale”

– Ta edycja bogata w trzy książki z pewnością robi wrażenie i sprawia, że chętnych jest więcej niż w ubiegłych latach – mówi Paulina Wandas z Biblioteki Miejskiej w Wieliczce. Również w Wiśle wyprawki szybko znikają.

Dom Zdrojowy przy rynku w Wiśle stoi już prawie wiek. Kiedyś mieściło się tu kino Marzenie, dziś całe pierwsze piętro zajmuje Miejska Biblioteka Publiczna im. J. Śniegonia. Starsi czytelnicy mogą tu zajrzeć na Dyskusyjne Kluby: książkowy i filmowy, zagrać w planszówki lub szachy. Na drugim piętrze, w tzw. Gołębniku, dyrektorka placówki Ilona Majewska tworzy salę do zajęć z sitodruku i pracownię animacji poklatkowej, którą zaraziła już wiele dzieci. Bibliotekarki Karolina Ciemniewska i Iwona Cieślar prowadzą dział dziecięcy. Chętnie przestawiają meble, stale szukając miejsca na kolejny regał. Dzieci samodzielnie aranżują pufy i fotele. – Mamy jeszcze namiot do czytania, który uwielbiają – cieszy się pani Karolina. Ona sama najbardziej lubi naturalne światło, które wpada do wnętrza.

Miło rozsiąść się i wdychać zapach nowości też w Bibliotece Miejskiej przy pl. M. Sulimowskiego w Wieliczce. Nowoczesną przestrzeń podzielono tu na strefy: dla maluchów, dzieci i młodzieży, część gamingową, komputerową i projekcyjną. Całość dopełnia otwarta czytelnia i mini ścianka wspinaczkowa. Paulina Wandas kieruje działem dla dzieci i młodzieży. Przyszła tu zaraz po studiach nauczycielskich, szukała zajęcia na pół etatu. Została na 18 lat. Właśnie ogląda wyprawki dla przedszkolaków, które jej biblioteka otrzymała w ramach akcji „Mała książka – wielki człowiek” – w sumie 180 sztuk. – Ta edycja bogata w trzy książki z pewnością robi wrażenie i sprawia, że chętnych jest więcej niż w ubiegłych latach – zauważa pani Paulina.

Na razie prowadzi „Bobuś”

Kto się cieszy bardziej w chwili wręczania wyprawki: dziecko czy bibliotekarka? Karolinę Ciemniewską z Wisły wzrusza każda taka chwila, ale uważa, że jednak dzieci. – Są bardzo przejęte możliwością wyboru książki, cenią sobie tę sprawczość i czasami długo się zastanawiają, przeglądając i analizując, który tytuł chcą mieć. Lubię im przypominać, że mogą mieć je wszystkie i decydują tylko o kolejności – mówi. A po chwili dodaje: Chociaż patrząc na popularność „Bobusia”, to może się okazać, że kto nie wziął go od razu, nie będzie miał go wcale. W naszej bibliotece “Bobuś” stanowi 95 proc. wszystkich pierwszych wyborów. Również w Wieliczce, póki co, w koszulce lidera i nie oglądając się za siebie jedzie „Bobuś” Martyny Skibińskiej z ilustracjami Jacka Ambrożewskiego. – Dzieciaki uwielbiają dostawać, a jak to jest książka i to jeszcze „na zawsze”, to jest uśmiech na buzi i ogromne zadowolenie – zdradza pani Paulina.

Wiele dzieci przychodzi po wyprawkę z babcią lub dziadkiem. Rodzice zaś, jak twierdzą bibliotekarki, za każdym razem zachęcają pociechy do udziału w akcji. – Często mówią, że biblioteki bardzo się zmieniły od czasów, kiedy sami byli mali i dziś to ich ulubione miejsce do spędzania czasu z własnymi dziećmi. Zachwyca ich też różnorodność i jakość obecnej oferty wydawniczej – mówi Karolina Ciemniewska. Wielu rodziców dowiaduje się o akcji z mediów, część dopiero przy bibliotecznej ladzie. Jedni i drudzy wracają.

Nawet cztery lata wcześniej

Obie biblioteki realizują program „Mała książka – wielki człowiek” Instytutu Książki już od kilku lat. Karolina Ciemniewska największą siłę i mądrość akcji widzi w tym, jak program oswaja dzieci z przestrzenią biblioteki. – Zakochiwanie się w książkach i czytaniu to czasami trudny, a dla wielu długi proces. Program daje dzieciom i rodzicom szansę na rozbieg przed tym maratonem, jakim jest życie z książką – mówi.

Pierwszą wyprawkę z książką dziecko dostaje już za samo przyjście do biblioteki. Druga i trzecia wymaga uzbierania po 10 naklejek maluch otrzymuje je za każde wypożyczenie dowolnej książki z księgozbioru dziecięcego. – To daje dzieciom szansę na powroty. Zachwyca mnie poziom książek rozdawanych w ramach programu i łatwość jego rozliczenia. Działalność bibliotek opiera się na zaufaniu: czytelnicy ufają w nasze polecajki, my ufamy, że czytelnicy zwrócą książki. Twórcy akcji chyba to rozumieją i też nam ufają: brak biurokracji, skomplikowanych i rozbudowanych raportów jest ogromnym ułatwieniem. Można zachować siły na rozmiłowanie dzieci i ich rodziców w pięknych przykładach literatury dziecięcej. Trudno takiej akcji nie wspierać – podkreśla pani Karolina.

Jest przekonana, że gdyby wyprawek nie było, wiele osób nie zawitałoby do biblioteki wcześniej niż w dniu, w którym dziecko potrzebowałoby pierwszej lektury do szkoły. – Dzieci trafiają więc do nas nawet cztery lata wcześniej, co pokazuje, jak dużą rolę odgrywa wyprawka w promowaniu rodzinnego czytania. A jeżeli rodzice już przyjdą, to my zrobimy wszystko, by przekonać ich do regularnego korzystania i przede wszystkim czytania z dziećmi – mówi z mocą.

Karton pachnących perełek

Karolina Ciemniewska próg biblioteki w Wiśle po raz pierwszy przekroczyła 12 lat temu. – Do Wisły przeprowadziłam się z Katowic, miałam wtedy 25 lat i roczne dziecko. Rok później zapisałam siebie i mojego wtedy dwuletniego syna Antka do wiślańskiej biblioteki – wspomina. Pęczniejący nowościami dział dziecięcy prowadziła wówczas Monika Śliwka. – Przez kolejne lata odbyłam z Moniką wiele rozmów o literaturze i konieczności czytania dzieciom. Pewnego dnia zapytała mnie, czy nie chciałabym zostać bibliotekarką. Nagle zdałam sobie sprawę z tego, że tak, to jest moje marzenie. W wieku 29 lat dowiedziałam, co chcę robić przez resztę mojego życia – cieszy się pani Karolina.

Po tamtym pytaniu swojej „matki chrzestnej” podjęła studia podyplomowe z bibliotekoznawstwa, zrobiła krótki kurs biblioterapii, odbyła praktyki zawodowe i przekonała się, że kocha pracę z książkami i… czytelnikami. – Ta praca opiera się na relacjach – trzeba poznać dzieci, które korzystają z biblioteki, żeby pomóc im znaleźć książki, które pokochają. Mam wspaniałych czytelników. Staram się pamiętać imiona ich wszystkich, żeby wiedzieli, że są częścią naszej czytającej społeczności. Cieszy mnie, gdy dzieci przychodzą i pytają, czy jest więcej części książek, które wypożyczyły poprzednio – opowiada.

Ona i jej koleżanki bibliotekarki mają poczucie sprawczości. – To my dokonujemy zakupów wydawniczych, wpływamy na to, co nasi czytelnicy będą mieli do wyboru. Uwielbiam tę część pracy, gdy mogę zamówić nowości wydawnicze, a potem kurier przywozi karton pełen pachnących książek. Mamy listę małych, ambitnych wydawnictw, od których z zasady chcemy mieć wszystko. To nasz wkład w ich wsparcie – zdradza. Karolina Ciemniewska nie ukrywa też tego, że niektóre książki zamawia z myślą o konkretnych czytelnikach.

W niedzielny wieczór pani Karolina nie myśli o tym, że następnego dnia nie chce jej się iść do pracy. Wręcz przeciwnie. – Pracuję z ludźmi, z którymi się lubimy. Kocham tę pracę i cieszę się, że osiem lat temu zostałam zapytana, czy nie chcę przypadkiem pracować w bibliotece. Okazało się, że bardzo chcę – kończy.

Pełną listę bibliotek biorących udział w akcji “Mała książka Wielki Człowiek” można znaleźć na stronie: Przedszkolaki – Mała książka – wielki człowiek w dziale “O projekcie”.

Jak ilustracje uczą dzieci widzieć świat i dlaczego nie każda „ładna” książka jest dobra?

Wyobraź sobie książkę o małej dziewczynce i jej przyjaciółce. Ilustracje są śliczne, pastelowe, wykonane techniką akwareli. W księgarni nieuważnie przewracasz kartki i szybko decydujesz: „Bierzemy”. Dopiero w domu orientujesz się, że coś jest nie tak.

A teraz przyjrzyjmy się tej książce bliżej. Po pierwsze, bohaterka – nazwijmy ją Kasią – w każdej scenie wygląda trochę inaczej. Raz jej oczy są duże, a raz małe. Druga bohaterka – Asia – na każdej stronie ma nieco inny kolor włosów. Czy dziewczynki wymieniają się sukienkami? Z tekstu to nie wynika, ale twój przedszkolak już trzy razy zapytał, która bohaterka jest która. Coś leży na biurku Kasi, lecz obrazek jest rozmyty – to owoc czy kanapka? Nie wiecie. I czemu Asia ma tylko cztery palce u ręki, a jej kot ogon jak u zająca?

Ilustracje to nie tylko dodatek do treści

Zacznijmy od tego, że ilustracje to nie dekoracje. W dobrej książce pełnią równie ważną rolę, co słowa. Dzieci w wieku 3-7 lat polegają na wizualnym wsparciu, by zrozumieć złożone pojęcia. Przeprowadzka, nowy braciszek, rozwód rodziców czy śmierć kogoś z rodziny – te sytuacje są dla nich bardziej lub mniej abstrakcyjne. Co innego obrazek pokazujący zmęczoną mamę, pusty fotel, nowe przedszkole. Dzięki ilustracjom kilkulatki nadążają za fabułą, rozpoznają emocje bohaterów, budują wizję świata i siebie. Badania m.in. z wykorzystaniem techniki śledzenia ruchów gałek ocznych pokazują, że dzieci uważnie analizują szczegóły, ucząc się w ten sposób języka (!), rozumienia treści i tworzenia własnych skojarzeń. Gdy ilustracja jest spójna z treścią i logicznie rozwija tekst, maluch zapamiętuje historię lepiej. Jeśli natomiast obrazek nie odpowiada treści, dziecko szybko się dezorientuje.​

Zobacz, tak wygląda świat

Ilustracje uczą dziecko, kim są ludzie w świecie. Badania dowiodły, że już w wieku 2-3 lat maluchy zaczynają zauważać i tworzyć proste stereotypy. Historia, w której tylko mama podaje obiad i tylko chłopcy grają w piłkę, może być źródłem silnych uprzedzeń. Uczy dziecko, że „dziwne” jest to, czego nie widziało w książkach. Dlatego gotujący na obrazku tata i grająca w piłkę grupa chłopców i dziewczynek rozszerzą perspektywę malca.

A co z ilustracjami generowanymi przez sztuczną inteligencję?

Rynek literatury dziecięcej zaczynają zalewać książki z ilustracjami stworzonymi przez AI. Dla wydawców to nie lada oszczędność pieniędzy i czasu, bo ceniony ilustrator będzie pracował nad książką miesiącami, a sztucznej inteligencji zajmie to parę minut. Na pierwszy rzut oka takie ilustracje będą ładne i słodkie, więc warto zdawać sobie sprawę z tego, że mimo wszystko mogą dziecku zaszkodzić.

Pierwszy potencjalny problem to brak spójności. Każda ilustracja stworzona przez AI może wyglądać inaczej, nawet gdy pokazuje tego samego bohatera. Dlaczego? Bo AI nie rozumie ciągłości wizualnej, a dzieci jej potrzebują, żeby nawiązać emocjonalną więź z postacią. Drugie zagrożenie to niezrozumienie narracji. AI nie czyta całej historii, generuje obrazy na podstawie odizolowanych promptów (wpisanych prostych poleceń). Efektem są ilustracje, które zwykle niewiele ze sobą łączy. Dzieci, szczególnie te, które jeszcze nie czytają, polegają na obrazach, by śledzić akcję. Jeśli nie są pewne, co widzą, gubią się i frustrują.

Po trzecie, systemy AI są trenowane na istniejących już pracach, co rodzi pytania etyczne o prawa autorskie. Poza tym efekty sztucznej inteligencji nierzadko kopiują stereotypy rasowe, płciowe i inne. Często zawierają błędy: rączki o zbyt wielu palcach, zwierzątka z częściami ciała innych gatunków, obiekty niemożliwe fizycznie. Te nieścisłości mogą być też dezorientujące, bo maluch dopiero poznaje otaczający go świat.​ Wreszcie po czwarte, liczy się uczciwość wydawcy. Jeśli książka zawiera ilustracje AI, rodzic powinien o tym wiedzieć. Choćby po to, by móc zachować czujność w czasach, gdy modele ciągle się uczą i popełniają błędy.

Nie tylko estetyka, czyli czym kierować się w księgarni

Wiemy już, że ładne ilustracje to niekoniecznie to samo, co dobre. Na szczęście można wyćwiczyć rozpoznawanie takich, które przyniosą dziecku korzyść. Wybierając książkę dla kilkulatka zwróć uwagę:

Spójność wizualną: postacie muszą wyglądać jednakowo od początku do końca.

Zgodność z tekstem: ilustracje powinny wyjaśniać i uzupełniać słowa, a nie tylko je powtarzać. Dobre ilustracje dodają do tekstu szczegóły, które zachęcają dziecko do głębszego patrzenia i analizowania.

Adekwatność do wieku: ilustracje stworzone dla małych dzieci powinny być jasne i uproszczone. Starsze dzieci docenią obrazy złożone i realistyczne.

Umiejętności twórcy: ilustrator powinien zrozumieć historię emocjonalnie, a nie tylko wizualnie. Bez tego jego prace mogą być piękne, ale nie współgrające z opowieścią.

„Czytam dziecku, ale ono nie słucha”. Jakie mogą być przyczyny i co robić w takiej sytuacji?

Kiedy przedszkolak nie słucha czytanej mu książki, przyczyna leży zwykle w sposobie lub czasie czytania, zbyt skomplikowanej dla niego treści albo samopoczuciu malca. To nie sygnał, by zrezygnować, tylko coś zmienić.

Co to znaczy, że „nie słucha?

W praktyce dziecięce niesłuchanie może wyglądać bardzo różnie: maluch wierci się, bawi się klockami, przerywa, ucieka od książki wzrokiem, wstaje i spaceruje po pokoju albo po chwili nic już nie pamięta. W badaniach nad uwagą u przedszkolaków podkreśla się, że ich zdolność do długiego skupienia jest dopiero w budowie, a krótkie epizody rozproszenia to norma, nawet jeśli czytana historia malca interesuje. W wielu opracowaniach dla rodziców i specjalistów podaje się, że przeciętny czas uwagi to 2-3 minuty razy wiek, pod warunkiem że aktywność jest wciągająca, nie ma zbyt wielu rozpraszaczy, a dorosły angażuje dziecko w słuchanie. Zgodnie z tym wzorem trzylatek najpewniej straci zainteresowanie lekturą po 6-9 minutach, czterolatek po 8-12, a pięciolatek – 10-15 minutach. Sześciolatek może już słuchać skupiony do 18 minut, co nie znaczy, że będzie siedział cicho i sztywno jak trusia.

Kiedy skupienie przedszkolaka na książce może być wyzwaniem

Typowa sytuacja z życia przedszkolaka: rodzic sadza dziecko po całym dniu w placówce na kanapie, bierze do ręki książkę i zaczyna czytać. Po dwóch stronach maluch zeskakuje na podłogę, biegnie do kuchni, zaczepia kota. Rodzic się frustruje i zastanawia, dlaczego inne dzieci potrafią się skoncentrować na opowieści, a jego kilkulatek nie może wysiedzieć?

Po pierwsze, właśnie w taki sposób słucha wiele dzieci. Kolejny przykład z życia: rodzic czyta pięciolatkowi, który w tym czasie buduje z klocków. Gdy dorosły przerywa i pyta, co się przytrafiło bohaterowi, dziecko bezbłędnie odpowiada, choć wydawało się, że jest całkiem nieobecne. U części dzieci zajęcie rąk prostą, powtarzalną czynnością, np. rysowaniem, pomaga w utrzymaniu uwagi, zaś strofowanie dziecka, że nie siedzi spokojnie może popsuć atmosferę podczas czytania. Po drugie, nawet u kilkulatka, który wydaje się daleki od skupienia, słuchanie płynącej w tle historii uruchamia obszary mózgu odpowiedzialne za język, regulację emocji i wyobraźnię. Działa to najlepiej, gdy rodzic czyta w sposób angażujący, bo monotonna lektura bez interakcji z dzieckiem łatwo przeciąża jego system uwagi.

Dziecko może odpływać podczas lektury też z innych powodów, na przykład, gdy książka jest dla niego za trudna, czuje się zmęczone, zestresowane albo głodne. Notoryczne silne rozproszenie podczas lektury może też – ale nie musi – znamionować zaburzenia indywidualne: nadwrażliwość na bodźce, opóźniony rozwój mowy (ORM), trudności z przetwarzaniem słuchowym (APD) lub nadpobudliwość psychoruchową z deficytem uwagi (ADHD).

Praktyczne wskazówki dla rodziców

Badania nad wspólnym czytaniem pokazują, że najwięcej korzystają dzieci, których rodzice czytają im krótko – po kilka minut dziennie – ale regularnie i w sposób dialogowy: zadają pytania i nawiązują do doświadczeń malucha. Lepsze będzie więc pięć minut zaangażowanego czytania niż zmuszanie dziecka do słuchania w spokoju 20 minut. Pozwól dziecku na ruch w czasie czytania, spacerowanie, zabawę rękami, układanie klocków lub puzzli, bazgranie na kartce, a czytając równocześnie rozmawiaj z nim o treści. Jeśli to nie pomoże, zmień miejsce i/lub porę czytania – może dziecko lepiej niż przed snem skupi się podczas przekąski i w innym pokoju niż telewizyjny. Pozwól też malcowi samodzielnie wybrać, co przeczytacie. Dzieci chętniej angażują się w książki, które same wybrały, nawet jeśli dorosłym wydają się one mniej ambitne.

Jeśli masz poczucie, że mimo zmian dziecko prawie nic nie rozumie, często prosi o powtórzenie, gubi proste instrukcje i ma trudność ze zrozumieniem mowy w hałasie, warto skonsultować się z psychologiem lub logopedą. Wczesna diagnoza pozwoli dobrać strategie (np. krótsze komunikaty, więcej wsparcia wizualnego), które ułatwią zarówno codzienną komunikację, jak i wspólne czytanie.​

Spokój rodzica może wiele

Eksperci od wychowania zauważają, że ton głosu, oczekiwania i emocje dorosłego mocno wpływają na to, czy dziecko będzie kojarzyło czytanie z przyjemnością, czy z presją. Zamiast powtarzać Nigdy mnie nie słuchasz” albo Po co ja ci w ogóle czytam?”, powiedz raczej: Widzę, że dziś jesteś zmęczony, przeczytamy tylko jedną krótką historyjkę, ok?” albo Dziś możesz się bawić klockami, a ja będę czytać obok”.​

Kiedy książka pomaga powiedzieć „nie”. O tym, jak literatura może wspierać dzieci w stawianiu granic

Dzieci odnajdują w książkach przygódy i emocje, ale też podpowiedzi, jak reagować na trudne dla nich sytuacje. Literatura dziecięca może być świetną nauczycielką mówienia „nie” – jednej z najbardziej potrzebnych, a zarazem najtrudniejszych umiejętności emocjonalnych.

Kiedyś uważano, że dzieci nie powinny się sprzeciwiać, a każde „nie” malca to dowód jego „niegrzeczności”. Na szczęście to już przeszłość. Współczesna psychologia rozwojowa kładzie duży nacisk na to, by już kilkulatki w różnych sytuacjach umiały zachować się asertywnie. Asertywność jest umiejętnością jasnego wyrażania swoich potrzeb i emocji oraz stawiania granic w sposób spokojny i uczciwy, bez agresji i naruszania praw innych osób. Jest ściśle powiązana z pewnością siebie i poczuciem własnej wartości, pozwala mówić, czego się chce i słuchać, czego chcą inni, pomaga radzić sobie z konfliktami oraz bronić swoich postaw i interesów.

U dzieci w różnym wieku asertywność przejawia się różnie. Trzylatek, który potrafi już stawiać pierwsze granice, nie zrzuci talerza ze stołu, lecz odsunie go, mówiąc: „Nie chcę już jeść”. Na placu zabaw nie zepchnie kolegi ze zjeżdżalni, tylko powie: „Teraz moja kolej”. Czterolatek nazwie swoje emocje i potrzeby, będzie też ćwiczył stawianie granic na dorosłych: „Chcę tu jeszcze zostać” albo „Nie chcę się teraz przytulać”. Pięciolatek potrafi być niezłym dyskutantem – nie tylko wyraża sprzeciw, ale też wie, dlaczego to robi i rozumie, że słowa mają moc niesienia zmiany: „Nie chcę, żeby ciocia całowała mnie w policzek, bo nie lubię mieć jej śliny na buzi”. U sześciolatków asertywność manifestuje się w świadomości granic i notorycznym negcjowaniu z rodzicami: „Nie pożyczę Jasiowi tej zabawki, bo jest za mały i mi popsuje, ale mogę mu pożyczyć inną”. Asertywność to nie bunt, lecz forma dbania o siebie – o swoje emocje, ciało i poczucie bezpieczeństwa.

Smok z bajki mówi „nie”

Dobrze napisana książka dla dzieci potrafi wprowadzić je w złożone emocje bez moralizowania. Gdy bohater książeczki staje przed wyborem – ulec presji grupy i zgodzić się na coś, czego wcale nie chce albo odważnie powiedzieć „nie” – kilkulatek uczy się, że odmowa nie tylko jest możliwa, ale też zgodna z tym, co samemu się czuje. To bardzo ważne, bo dzieci – i wielu dorosłych – mają tendencję do łatwego poddawania się presji większości.

Kolejnym ważnym elementem nauki asertywności jest mówienie o emocjach: złości, zmęczeniu, zniechęceniu, wstydzie. Malec dowiaduje się w ten sposób, że wszystkie emocje są ważne i potrzebne. Jeśli książkowy smok w bajce uprzejmie i skutecznie odmawia założenia drapiącego swetra z owczej wełny, to kilkulatek dostaje gotowy scenariusz zachowania się w podobnej sytuacji.

Równie cenne są książki, które pokazują dorosłych respektujących granice dziecka: rodziców, nauczycieli, dziadków. Przedszkolak widzi, że „dzieci też mają głos”, jego „nie” jest wartością, a szacunek powinien działać w obie strony. Takie przekonanie kształtuje u dziecka poczucie sprawczości i wzmacnia samoocenę. Co ważne, czytanie o akceptacji dla odmowy może być szczególnie pomocne maluchom nieśmiałym lub z doświadczeniem braku wpływu. Dla nich książka staje się bezpiecznym lustrem, w którym mogą przećwiczyć odwagę.

Nie można też zapominać o roli dorosłego towarzysza lektury. Wspólne czytanie i rozmowa o tym, jacy są bohaterowie książki, co ich spotyka i jak dziecko to wszystko odbiera, dają przedszkolakowi przestrzeń do zadawania pytań, dzielenia się własnym doświadczeniem z domu, przedszkola i podwórka, a czasem do wyrażenia tego, o czym trudno mówić wprost. Kiedy więc dziecko po lekturze powie: „Nie chcę teraz tego robić, potrzebuję spokoju” – to znak, że książka spełniła swoje zadanie.

Ambicje, idźcie spać. Czyli dlaczego dzieci wolą proste fabuły od klasyki i czemu to dobra wiadomość

Z „Małym Księciem” albo „Kubusiem Puchatkiem” pod pachą siadasz na brzegu łóżka przedszkolaka. Po jednej stronie zaczyna ziewać, przy drugiej pyta: „A będzie coś śmiesznego?”. „Czy moje dziecko nie ma za grosz gustu, wyobraźni i cierpliwości?”, myślisz. Tymczasem to jest zupełnie normalne.

Mama czteroletniej Gosi postanowiła wprowadzić wieczorne czytanie klasyków. Po tygodniu z „Mary Poppins” Gosię wciąż interesował wyłączne latający parasol. Ale gdy pożyczyły z biblioteki książkę o żabie, która konsekwentnie odmawia kąpieli, wieczorne słuchanie stało się obsesją dziewczynki. Byle było o tej żabie.

Witajcie w świecie prostych potrzeb!

Dzieci w wieku 4–6 lat myślą i przeżywają świat zupełnie inaczej niż dorośli. Dorośli widzą w klasyce morał, dzieci zapamiętają co najwyżej zabawną scenkę. Ich umysł nie szuka metafor ani nostalgii, potrzebuje emocji, powtórzeń, rytmu i znanego porządku. Gdy bohater wpada w błoto, język zamarza mu od lodów, puszcza głośne bąki i krzyczy „To nie ja!”, twoje dziecko tarza się ze śmiechu i czuje, że rozumie ten świat. Gołąb upiera się, by prowadzić szkolny autobus? Kaczka myśli, że jest kotem, bo wychowała się z kotami? Lepiej być nie może.

Psycholożka rozwojowa Alison Gopnik porównała uwagę dziecka z latarnią: jej światło rozlewa się szeroko i wyłapuje zwłaszcza to, co jaskrawe, konkretne, bliskie malcowi. Gdy fabuła się gmatwa, a język staje symboliczny, światełko przygasa. Badania nad tzw. gramatyką opowieści sugerują, że przedszkolaki lepiej rozumieją i zapamiętują historie o prostej strukturze: bohater ma cel, pojawia się problem, a na końcu rozwiązanie. To pozwala uczyć się schematów społecznych: jak sobie radzić z emocjami, naprawić błąd, prosić o pomoc. Powtarzalność i przewidywalność są dla małego dziecka formą bezpieczeństwa. Dlatego maluch może prosić o jedną książkę pięćdziesiąt razy – by utrwalić poznany świat.

Ambicje dorosłych nie muszą być ambicjami dzieci

Każde pokolenie rodziców wierzy, że mądrze dobrane lektury „kształtują gust”. I mają rację, pod warunkiem, że dorośli nie próbują przeskoczyć etapów dziecięcego rozwoju. Wprowadzanie człowieka w literaturę przypomina naukę języka: najpierw najprostsze słowa, potem zdania, w końcu końcu poezja. Chęć sięgania po klasykę często wynika z dobrych intencji: chcemy dzielić się tym, co nas poruszyło. Ale czteroletnie dziecko nie ma jeszcze dorosłego kontekstu emocjonalnego. Nie wie, kim jest lis, który mówi takie poważne rzeczy ani czemu królowi jest smutno na planecie B-612. Świetnie za to zrozumie, że ktoś boi się ciemnego korytarza, potyka się na schodach i mówi: „To był ukłon” i upycha zabawki pod łóżkiem, aż wybuchają wszystkie poduszki.

Co wybierać?

Zamiast mierzyć dorosłą miarą literacki poziom kilkulatka, lepiej zwróć uwagę na rytm narracji, wyraziste emocje i bliskie dziecku doświadczenia. Tak działają m.in. zbudowana na schemacie bohater–problem–rozwiązanie seria o Żabku i Ropuchu Arnolda Lobela, bardzo proste, ale emocjonalne historie Benjiego Daviesa („Cudowna wyspa dziadka”) czy polskie perełki jak „Bobuś” autorstwa Martyny Skibińskiej z ilustracjami Jacka Ambrożewskiego, opowieść o Luciu i Babci, którzy razem konstruują robota z garażowych odpadków.

To, że dziecko woli prostotę, nie oznacza też, że brak mu wyobraźni. Wręcz przeciwnie, właśnie wtedy, gdy fabuła jest czytelna, mózg dziecka ma przestrzeń, by tworzyć własne obrazy, przewidywać i wchodzić w emocje bohaterów. Złożoność przyjdzie później, gdy myślenie i empatia młodego człowieka dojrzeją. Więc gdy następnym razem dorosłe ambicje szepną do ucha: „czytajmy coś poważniejszego”, odpowiedz im:„Idźcie spać”. A potem razem z dzieckiem śmiejcie się z żaby, która znowu nie chce umyć zębów.

Mała książka – wielki człowiek: konkurs dla wydawców rozstrzygnięty

Poznaliśmy twórców i wydawców książek dla dzieci w wieku 7-9 lat, które ukażą się w ramach programu „Mała książka – wielki człowiek”.

Już od dziewięciu lat Instytut Książki wyposaża dzieci w bezpłatne wyprawki czytelnicze. W minionym roku po raz pierwszy tytuły przekazywane przedszkolakom zostały wyłonione w trybie konkursowym. Książki przygotowywane z myślą o dzieciach w wieku wczesnoszkolnym, w tym roku również zostały wybrane przez eksperckie jury.

Na posiedzeniu, które odbyło się 11 lutego 2025 r. w Warszawie, komisja konkursowa dokonała wyboru trzech zwycięskich projektów. Było to następujące pozycje:

  • Adam Robiński Lornetka, il. Maria Strzelecka, Wydawnictwo Druganoga,
  • Tessa Moult-Milewska Szyszka i Straszydło, il. Adam Święcki i Anna Zając, wydawnictwo Kultura Gniewu,
  • Rafał Kosik Duch z biblioteki, il. Katarzyna Kołodziej, Wydawnictwo Powergraph.

Jedna  z nich trafi do pierwszoklasistów jeszcze tej jesieni, przy współpracy ze wszystkimi szkołami podstawowymi w kraju.

Komisja konkursowa obradowała w składzie: Alina Januszczyk, Maciej Skowera, Przemysław Staroń, Joanna Piekarska, Biserka Čejović, Iwona Haberny, Anita Wincencjusz-Patyna. Komisja wybrała nagrodzone książki jednomyślnie.

Tytuły do udziału w konkursie zgłaszali wydawcy. Oprócz spełniania określonych wymogów formalnych uczestnicy musieli przedstawić próbkę tekstu, ogólną koncepcję utworu literackiego oraz portfolio ilustratora zaangażowanego do projektu.

„Nie czytam dziecku, bo się wstydzę…”. Czemu niektórzy rodzice krępują się czytać na głos i jak to zmienić?

Nie ma badań, które określałyby, ilu rodziców wstydzi się czytać na głos swoim dzieciom, ale problem wcale nie jest marginalny. U jego podłoża często leży zawstydzenie towarzyszące im w dzieciństwie podczas głośnego czytania w szkole. Na szczęście krok po kroku da się przełamać ten wstyd, skrępowanie i lęk przed oceną.

Chyba wszyscy znamy to ze szkoły: na ławce leży książka, a uczniowie po kolei czytają z niej fragmenty tekstu. Nie wiadomo, w którym momencie pani od polskiego przerwie i wskaże następnego ucznia, by przejął rolę lektora. Nikt nie śledzi treści tekstu, bo wszyscy w napięciu czekają, na kogo teraz wypadnie. Ci, którzy czytają płynnie, czują co najwyżej lekką tremę, ale czytającym słabiej zaczynają pocić się ręce. Dukają, mylą się i modlą o koniec tej tortury. W najlepszym wypadku nauczycielka się zlituje i wywoła kolejne nazwisko. W najgorszym – zacznie poprawiać i robić docinki, a klasa będzie się śmiać.

Skąd ten wstyd?

Choć nikt do tej pory nie zrobił kompleksowej ankiety, która pokazałaby, ile procent dorosłych – w tym rodziców – wstydzi się czytać na głos, problem jest dobrze udokumentowany. Badania nad dorosłymi z trudnościami w czytaniu i niską alfabetyzacją opisują silny wstyd, poczucie „niesprawności” i unikanie sytuacji, w których trzeba czytać w obecności innych. Naukowcy wskazują, że osoby te często ukrywają swoje problemy z czytaniem nawet przed bliską rodziną, bojąc się etykiet „głupi” czy „leniwy”, a czytanie własnemu dziecku może boleśnie przypominać czytanie przed klasą.

Wstyd i zażenowanie to tzw. emocje samoświadomościowe. Są złożone i powstają wtedy, gdy porównujemy się do innych ludzi i postrzegamy siebie jako gorszych. Brak biegłości w czytaniu możemy odbierać jako bycie „niewykształconym dorosłym” i „kiepskim rodzicem”, a drobne czytelnicze potknięcia przekładać na ogólny obraz siebie – „słabo czytam, więc jestem głupi/a”. Gdy nisko się oceniamy w ważnej dla siebie roli, np. rodzica, i gdy chcemy dobrze wypaść, wtedy czytanie na głos staje się swego rodzaju sceną w teatrze, a maluch lub partner widownią. Przedszkolaki są zwykle mniej oceniające, ale opinii starszych dzieci szkolnych rodzic może się już realnie bać. Jeśli doświadczył w szkole lub domu krytyki typu: „czytasz za wolno”, „źle wymawiasz”, to gdy ma czytać dziecku, ciało pamięta tamten wstyd. Książka staje się sygnałem zagrożenia: „zaraz ktoś zobaczy, że sobie nie radzę”. A ponieważ nie chcemy się tak czuć, rezygnujemy z czytania, przekonując siebie, ż „nie mamy czasu” albo „dziecko i tak samo czyta”.

Nieczytający nauczyciel? To możliwe

Na początek warto sobie uświadomić, że nie jesteśmy sami, a trudności w czytaniu niekiedy dotyczą nawet osób, których nigdy w życiu byśmy o to nie podejrzewali. Kilka lat temu na łamach BBC swoją historię opisał John Corcoran. Jest absolutnie nieprawdopodobna: mężczyzna skończył studia i przez 17 lat pracował jako nauczyciel (!), praktycznie pozostając analfabetą. Jak zdołał zdobyć wykształcenie? Kłamał, nocą kradł testy z pokoju dyrektora i dawał je do wypełnienia innym uczniom w zamian za przysługi. Był inteligentny i sprytny, a napędzał go niewyobrażalny wstyd. Nigdy nikogo nie poprosił o pomoc w nauce czytania, bo nie wierzył, że ktoś jest w stanie mu jej udzielić. Trudno uwierzyć, jak mogło dojść do takiego zaniedbania chłopca przez dorosłych.

Tajemnica wyszła na jaw po latach, gdy Corcoran „czytał” książkę trzyletniej córce, a ona zauważyła: „Nie czytasz tego jak mama”. Istotnie nie czytał – na bieżąco wymyślał historię. Analfabetą przestał być grubo po pięćdziesiątce, dzięki pomocy żony i akcji alfabetyzacji dorosłych w lokalnej bibliotece. To 65-letni nauczyciel czytania przekonał go, by podzielił się swoją historią. W odpowiedzi na nią czytelnicy nadesłali morze listów. Opisali w nich własne zmagania z czytaniem i walkę, by przetrwać bez tej umiejętności. Wszystkich prowadził wstyd.

Pokonać „drabinkę strachu”

Gdy dorosły zrozumie, że wstyd przy czytaniu nie świadczy o tym, że jest „złym rodzicem”, ale o dawnych zranieniach i fałszywych przekonaniach na swój temat, łatwiej będzie zrobić pierwszy krok: otworzyć książkę i przeczytać na głos jedno zdanie. W przełamywaniu oporów przyda się znajomość teorii „drabinki strachu”.

Chodzi o to, by zacząć od czegoś łatwego i krok po kroku przechodzić do rzeczy trudniejszych. Przykładowe stopnie to:

  1. czytanie na głos sobie samemu przez 5 minut dziennie;
  2. czytanie przy zamkniętych drzwiach, ale ze świadomością, że ktoś za nimi jest;
  3. przeczytanie dziecku/partnerowi kilku zdań i prośba, by nie komentowali;
  4. przeczytanie dziecku krótkiej bajki, a jeśli się pomylisz, to się z tego śmiejecie;
  5. czytanie kilkorgu dzieciom z rodziny;
  6. publiczne czytanie np. podczas warsztatów w bibliotece. Celem nie jest idealne czytanie, lecz pozbycie się napięcia i traktowanie głośnej lektury jak zwykłej czynności.